F

Na koniec... raczej na początek

Każdy z nas jest pi­sarzem i na­pisze tyl­ko jed­na idealną książkę. Co dzień tworzy no­wy roz­dział. Bo­hater przeżywa wiele przygód, spo­tyka set­ki osób. Ak­cja toczy się od poczęcia po samą śmierć. Ty decydujesz co dzieje się w trakcie.
Pięć Królestw to grupowy blog opowiadający historie pięciu narodów żyjących na pięknych terenach kontynentu Amazji. Dołączając wcielasz się w średniowiecznego mieszkańca tego tajemniczego świata. Przygoda czeka na każdym kroku.
Aby dołączyć musisz:
1) przeczytać regulamin
2) wysłać formularz
3) wysłać pierwsze opowiadanie
4) wstawić baner 5K w dowolnym miejscu
Więcej w zakładce Formularz.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Królestwo Fuego'a. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Królestwo Fuego'a. Pokaż wszystkie posty

14 czerwca 2016

Od Reiny

 Ech … Czemu to ja zawszę muszę trafić na tych najgorszych? Dlaczego nikt, kto by mógł mi udzielić informacji nie chce współpracować? Dobija mnie to. Ach, no dobra, dobra! To przecież Armonia, tu każdy wierny jest swojemu państwu jak pies. Sama się w to wpakowałam, więc sama teraz dam sobie radę. Przede wszystkim muszę pozbyć się tych natrętnych rycerzy, bez tego raczej się nie obędzie.
 Westchnęłam głośno, po czym zaśmiałam się, a ręce trzymane przez strażników miałam spuszczone i tylko podrygiwałam nimi delikatnie.
 - Cóż, niestety nie będę mogła się z wami spotkać na herbatkę, mam inne plany - Podniosłam wzrok na nich. Mężczyźni patrzyli zdziwieni na mnie. Pokiwałam głową ze śmiechem.
 - Zapomnieliście o pewnym szczególe … Eletria! – wyśpiewałam imię konia, a na twarzy pojawił się mój chytry uśmiech.
Usłyszałam za sobą prychnięcie. Rycerze na ten dźwięk odwrócili się za siebie. Mój wierzchowiec z gracją odwrócił się zadem w stronę gwardzistów i jednym sprawnym ruchem, kopnął tylnimi kopytami jednego z mężczyzn. Wojownik poleciał do przodu lądując na brzuchu i nie wstając ponownie. Drugi nie zdążył się nawet zorientować co się dzieje, gdyż szybko dołączył do kolegi.
 - Bywajcie! – powiedziałam radośnie i podbiegłam pospiesznie do mojego rumaka. Wskoczyłam na niego i pomachałam im na pożegnanie. Przez chwilę stali w bezruchu, lecz to szybko minęło. Najprawdopodobniej dowódca, znajdujący się między nimi, rozkazał pościg za mną. No tak, pościg w takich sytuacjach to już tradycja, czyż nie? W końcu jaki głupim trzeba być dowódcą, by nie gonić zbira. Osobiście nie uważam się za zbira, tylko wykwintnego zbira … Dobra, dość tych żartów.
 Popędziłam do szybszego galopu Eletrię i ruszyłam w stronę lasu, jaki znajdował się kawałek dalej. Jednak rzut okiem na pobliską okolicę nie był takim złym pomysłem. Słyszałam za sobą stukot koni gwardzistów, goniących mnie zawzięcie. Było ich obecnie z sześciu, wraz z dowódcą. Spojrzałam za siebie. Doskonale ich widziałam, ale przy okazji dostrzegłam postać tej całej … Em … Elli? Nie, nie, Alli. Jeden z wojowników tam został, by zająć się kobietą. Mam nadzieję, że znów jej nie spotkam, bo inaczej nie będzie dla mnie korzystnie. Skierowałam wzrok znów do przodu, popędzając ciągle konia. Nieustający dźwięk ciężkich końskich kopyt, ciągnący się za mną, powoli zaczął mnie dobijać. Na całe moje szczęście las, do którego chciałam uciec, był już w zasięgu wzroku. Odetchnęłam w duchu i ponownie popatrzyłam na rycerzy. Dowódca był najszybszy z nich, choć i on po pewnym czasie miał problemy z utrzymaniem odpowiedniego tempa. Uśmiechnęłam się chytrze z tego powodu. W końcu zbroja na nich i na koniach swoje waży, a pościg za mną nie jest taki łatwy, w szczególności jak mój koń i ja nie jesteśmy tak uzbrojeni.
Nareszcie zaczynałam wjeżdżać w las. Doskonałe miejsce na zgubienie ich. Między drzewami mają małe szanse na odnalezienie mnie, to jeszcze zbroja uniemożliwia im łatwy skręt przed drzewem. Ja za to bez większych problemów unikałam pni i sprawnie je wymijałam. Gwardzistom na samym początku szło bardzo dobrze, choć z czasem mieli coraz większe problemy. Zaśmiałam się cicho i przyspieszyłam delikatnie. Po jakimś czasie coraz gorzej słyszałam tupot ciężkich końskich kopyt. Jednak w pewnym momencie już w ogóle ich nie słyszałam. Zdziwiona tym zatrzymałam Eletrię i rozejrzałam się.
 - Powiem tylko tyle – usłyszałam nagle donośny głos mężczyzny, najpewniej należący do dowódcy gwardzistów, którzy mnie gonili. Prychnęłam cicho z uśmiechem, a wzrok wbiłam w ziemię.
 - Nie wypuszczę cię z Armonii, póki nie znajdę twojej osoby i nie postawię przed majestatem królowej! – dodał rycerz, na co ja przewróciłam oczami. W jego głosie słyszałam duże zdeterminowanie. Cóż, będzie trzeba uważać bardziej niż zwykle. Po chwili znów usłyszałam tupot kopyt, lecz tym razem oddalały się ode mnie. Jak widać odpuścili sobie tym razem, ale to nie zmienia faktu, że chcą mnie dopaść. Cmoknęłam i ruszyłam dalej z Eletrią, tylko tym razem stępem. Chciałam gdzieś głębiej w lesie się zatrzymać. Podczas jazdy myślałam nad planem dostania jakiś informacji o Armonii, co nie było łatwą sprawą. Westchnęłam cicho. Postanowiłam na razie dać sobie z tym spokój i odpocząć, bo ciągłe zaprzątanie sobie tym głowy mnie wykończy. Podniosłam głowę do góry i spojrzałam przed siebie. Uśmiechnęłam się delikatnie, po czym popatrzyłam na Eletrię. Zwierzę szło spokojnie stępem. Puściłam wodze i położyłam je przy siodle, a sama objęłam rękoma szyję konia.
 - Dziękuje ci mała za wszystko. To tobie zawdzięczam wszystko, jak i to, że tu jesteśmy – szepnęłam do rumaka. Wierzchowiec prychnął.
 - Szkoda, że nie umiesz mówić – westchnęłam i wyprostowałam się.
Rozejrzałam się po miejscu, w które zaszłyśmy. Moim zdaniem nadawało się na obozowisko. Poklepałam klacz po szyi i zeskoczyłam z jej grzbietu, zgrabnie lądując na ziemi. Wyprostowałam ręce i napięłam mięśnie, by rozprostować kończyny. Odetchnęłam świeżym powietrzem i jeszcze raz rozejrzałam się po okolicy. W końcu zaczęłam zajmować się miejscem na obozowisko. Odpięłam popręg od siodła Eletrii i zdjęłam je. Po chwili zajęłam się też ogłowiem, które wylądowało obok siodła na ziemi, a klacz zaczęła skubać trawę. Ja za to wyzbierałam trochę patyków i ułożyłam je w przygotowanym wcześniej miejscu. W zasadzie było jeszcze widno, więc nie miałam większego zamiaru podpalania już teraz stosu patyków. Zajęłam się więc zbadaniem trochę dokładniej terenu wokół mojego obozowiska. Straż mogła przecież posłać kogoś w las by mnie znaleźli. Jak nie tamtym razem, to następnym ją złapiemy, jak to sobie pewnie mówi dowódca. Kiedy ustaliłam, że na razie nikogo wokół mnie nie ma, to wróciłam do obozowiska. Usiadłam na ziemi i wzięłam pierwszy lepszy patyk. Zaczęłam rysować nim w ziemi bez większego celu. Później nie robiłam nic wielce interesującego, po prostu odpoczywałam. Ale w końcu nadszedł zachód Słońca. Gwiazda zaczynała chować się już nad nieboskłonem powodując, że większość terenu przywdziewała barwy oranżu, różu i żółci by zaraz stanąć w mroku nocy. Postanowiłam, że to odpowiedni moment na rozpalenie ogniska. Pozostawała jeszcze tylko kwestia ognia. Skąd ja tu ogień wytrzasnę? Nagle do głowy wpadł mi pewien pomysł. Podniosłam dłoń lekko do góry i skupiłam się. Po chwili nad moją dłonią ukazał się czarny płomyk, który to w niedługim czasie przeistoczył się w kruka. Zwierzę podleciało do góry i zaskrzeczało. Kazałam krukowi rozbić się o stos patyków. Na chwile obecną tylko to mi przychodziło do głowy, choć nawet nie byłam pewna, czy taka próba rozpalenia ogniska zadziała. Ptak posłusznie wleciał w stertę patyków. O dziwo się udało. Patyki od razu po uderzeniu kruka zajęły się ogniem. Odetchnęłam z ulgą. Słońca już prawie nie było widać, a niektóre tereny nie były już w ogóle oświetlone. Po jakimś czasie jedynym źródłem światła na niebie był księżyc oraz gwiazdy. Rozciągnęłam jeszcze ręce, po czym położyłam się na ziemi i wpatrywałam się w gwieździste niebo pomimo tego, że korony drzew w niektórych miejscach w ogóle nie ujawniały nieba. Teraz w końcu dopuściłam do siebie myśli o mojej misji. Plan jako taki wkradnięcia się na zamek miałam, choć nie był on doskonały.Musiałam polegać na moim szczęściu oraz tym, że los się do mnie uśmiechnie. Jednak nie nad tym się najbardziej zastanawiałam. Ta Allia… Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że już ją kiedyś spotkałam. Kogoś mi przypominała, ale nawet sama nie wiem kogo. Była mi jakoś dziwnie znajoma. Starałam się od siebie odrzucić myśli o niej, ale jej obraz ciągle stawał mi przed oczami. Westchnęłam głośno. Skierowałam wzrok na Eletrię. Klacz położyła się niedaleko i zasnęła. Uśmiechnęłam się delikatnie. Należał jej się odpoczynek. W sumie i ja powinnam na chwilę zamknąć oczy. Błądziłam przez chwilę wzrokiem po ziemi, aż położyłam się na boku i przymknęłam oczy.

***

 Następnego dnia od razu ruszyłam w stronę pałacu. Ze starych map wynikało, że właśnie w tamtym kierunku się znajduje. Na szczęście z rana nikt mnie nie niepokoił, więc mogłam w spokoju wyruszyć. Znajdowałam się obecnie niedaleko pałacu. Mnóstwo mostów, wierzy, zdobień na budynkach. Nigdy nie lubiłam przebywać w tak zatłoczonych miejscach. Zatrzymałam wierzchowca i wzięłam głęboki wdech. W końcu to pałac Armonii, cudem w ogóle tu jestem. Zsiadłam z Eletrii i poklepałam ją po szyi.
 - Bądź w pobliżu, ale nie na tyle blisko, by straż cię zobaczyła – szepnęłam do konia. Zwierzę odbiegło ode mnie, a ja za to odwróciłam się w stronę zamku.  - To będzie ciężka misja – powiedziałam i pokręciłam głową.
Powoli ruszyłam w kierunku głównego budynku. Chciałam jak najbardziej skrócić sobie drogę, by nie łazić pomiędzy dworzanami i strażą. To by tylko mi utrudniło zadanie. Prawdę mówiąc, szukają mnie chyba w całym królestwie. Wspinałam się w najwygodniejszych miejscach. Przebiegłam tu i tam, kryłam się nad ścianami. Na pewno mogę powiedzieć tyle, że dostanie się do samego pałacu nie jest łatwe, jeśli nie chce się zostać zobaczonym. Ale jakoś się udało. Chyba cudem. Stałam kawałek od samego pałacu. Myślałam nad tym, kto może mi uwierzyć, kto mnie wysłucha, kto będzie na tyle głupi. Po niektórych ludziach się po prostu to widzi. Na razie nikt taki się nie zjawiał. Pustka, nic. Sami dworzanie w wykwintnych strojach – wątpię, by oni byli skłonni do rozmowy ze mną. Przeszłam na inne miejsce obserwacji. Nadal nic. Westchnęłam i oparłam głowę na rękach. Gdy chciałam już ponownie zmienić miejsce, mą uwagę przykuł pewien mężczyzna. Ja sama siedziałam dość z tyłu zamku i jedyna interesująca rzecz z tej strony, to były nieduże drzwi. To właśnie z nich wyszedł mężczyzna.
 - Tak, tak, już idę! – krzyknął kiedy wychodził, a kiedy drzwi się zamknęły, ten oparł się o ścianę budynku i dodał – Ta, zaraz mu po to pójdę. Rzecz jasna jak odpocznę.
 Mężczyzna zaśmiał się, bawiąc się wykałaczką, jaką miał w ustach. Nosił przybrudzony fartuch oraz czarne spodnie. Miał rozczochrane blond włosy i zarost. Siedziałam na kawałku jednego dachu nad nim i przyglądałam się uważnie osobnikowi.
 - Spróbujmy – szepnęłam sama do siebie, po czym odbiegłam kawałek dalej na dachu i zeskoczyłam na ziemię. Poprawiłam włosy oraz kaptur, po czym ruszyłam pewnym krokiem w stronę mężczyzny. Pamiętaj Reina, masz być miła. Pogodny uśmiech, grzeczne słowa i spokojny ton mówienia. Bez żadnej ironii. Czyli przeciwieństwo mnie, powiedziałam sobie w myślach.
 Byłam już blisko mężczyzny, więc zaczęłam swoje aktorstwo.
 - Em … Przepraszam pana! – rzekłam spokojnym tonem w jego stronę. Blondyn momentalnie się odwrócił.
 - W-witam piękną damę – powiedział mężczyzna patrząc na mnie od góry do dołu. Poprawił nieco włosy i wyprostował się.
 - W czym mogę pomóc? – powiedział grzecznie. No, nie sądziłam, że aż będzie chciał mi pomóc.
 - Cóż … Chciałabym pana o coś zapytać – powiedziałam i uśmiechnęłam się delikatnie w stronę mężczyzny.
 - No, skoro mamy rozmawiać to już może mówmy sobie na „ty”. Roland, miło mi – skłonił się delikatnie.
 - Arvena – rzekłam grzecznie i również się skłoniłam, ale tak jak to zwykle kobiety robią.
 - Piękne, ach piękne imię! – powiedział blondyn z uśmiechem. Zaśmiałam się cicho.
 Później rozmowa przebiegła po mojej myśli. Ten Roland wykazał nawet szczere intencje do tego, by mi pomóc. Wymyśliłam kłamstwo o tym, że jestem z bardzo dalekich terenów Armonii, że strój wynika z tego, że nigdy nie byłam mieście i szyłam sobie to, co mi się podobało. Wmówiłam mu, że mam mały domek i mieszkam tam wraz z rodzicami, starymi trochę bo starymi, ale rodzicami. Powiedziałam, że kiedyś przyjeżdżała do mnie dziewczynka imieniem Allia i się razem przyjaźniłyśmy. Roland od razu skapował o co chodzi z tą Allią i bardzo dobrze. Wiedział, że ów kobieta pracuje na zamku. Dalej mówiłam o tym, że niedawno dostałam lis od niej z prośbą przyjechania na zamek do niej. Dokańczając powiedziałam, że Allia jest obecnie bardzo zabiegana, a ja z nudów postanowiłam poszukać kogoś z kim mogłabym porozmawiać.
 - I tak trafiłam na ciebie – uśmiechnęłam się do mężczyzny.
 - Ciekawa historia – rzekł radośnie i dodał – A o czym byś chciała porozmawiać?
 - Głównie interesuje mnie, co się dzieje w Armonii. Chodzi mi o to, jak tam w wojsku, jak sprawy polityczne, czy jakieś większe problemy mamy. Wiesz, tam u nas na odludziu za dużo informacji nie dociera – rzekłam spokojnie.
 - Rozumiem … Ach, jakbym mógł odmówić takiej damie! Powiem ci to i owo, jeśli ci na tym zależy – zaśmiał się blondyn, a ja wraz z nim. W sumie nadal nie wiedziałam jak to możliwe, że on mi w to uwierzył. Jednak postanowiłam się tym nie zamartwiać i cieszyć się efektami.

<Allia? Nie dasz mi i tak pewnie dostać tych informacji, co? x3>

2 czerwca 2016

Od Reiny - CD. Lumeusa

 Ach, jak wspaniale nie mieć nic do roboty. Nikt ci nie mówi „Jedź tam, dowiedz się tego, opowiedz mi o tym”. Aż człowieka szlag w końcu trafi! Mogę nareszcie pojechać tam, gdzie mi się podoba, bez rozkazu, bez niczego. Moja wola gdzie chcę być. Mhm, tak. Tego potrzebowałam. W ogóle czemu jak się zgadzałam na bycie szpiegiem? I to jeszcze we Fuego'a! A, no tak. Groziła mi kara śmierci, a ja jeszcze na tamten świat się nie wybieram. Ech, dobra, dobra. Nie raz już bym się tam znalazła przez moje gadulstwo i sarkastyczne teksty do szlachty. Nie wspominając już o tym, że kilka jak nie kilkadziesiąt razy wywołałam walkę z rycerzami. Ale cóż, taka jestem i nic z tym się nie zrobi.
 Obecnie znajdowałam się na terenach Królestwa Aqua’y. Jak to ja, chodziłam po dachach, skacząc z jednego na drugi. Bystrym wzrokiem błądziłam wśród ludzi przemierzających ulice miasta. Gdzie niegdzie dało się słyszeć radosne okrzyki dzieci, a zobaczyć można było ich zabawę w rycerzy. Kobiety gawędziły ze spokojem spoglądając na swoje pociechy, ale i one od czasu do czasu śmiały się. Niektóre z nich kupowały coś na targu, a inne same sprzedawały to co miały. Mężczyźni również siedzieli za drewnianymi stoiskami, ale i oni zaczęli rozmowy. Głównie polityczne jak i te o gospodarce. Inni jeszcze kłócili się zawzięcie o to, który ma rację. Jedne z wielu sytuacji jakie da się zobaczyć w mieście Aqua’y. Niby takie nudne, a zarazem radosne. Westchnęłam i zatrzymałam się na chwilę. Tym razem moje spojrzenie przeniosło się na budynki. Miałam nadzieję, że znajdę w okolicy jakąś karczmę. Wierzyłam również w to, że się do mnie nie przyczepią. Mój wzrok po chwili ujrzał upragnione miejsce. Nieduża karczma stojąca między budynkami prezentowała się nienajgorzej. Postanowiłam tam zawitać, by kufel piwa lub dwa wypić. Uśmiechnęłam się chytrze, po czym zaczęłam poszukiwać dogodnego miejsca na zeskoczenie z dachu. Ujrzałam nieduży balkon, który znajdował się na budynku, na którym stałam. Wpierw wskoczyłam na niego, a później wylądowałam z gracją na kamiennej ulicy. Nie było dużego ruchu, dzięki czemu nie musiałam niepotrzebnie się przepychać miedzy ludźmi. Poprawiłam mój czarny kaptur, jaki miałam założony na głowie i ruszyłam spokojnym acz energicznym krokiem w stronię karczmy znajdującej się nieopodal mnie.
 - Te, panienko o czerwoniutkich włoskach! – usłyszałam nagle za sobą ochrypnięty głos. Spojrzałam przez ramię na osobnika i zobaczyłam, że w wąskiej uliczce stoi ósemka mężczyzn. Nie byli jakoś specjalnie wysocy, ubrania mieli poszarpane i brudne, tu i tam mieli przyszyte łatki. Nie mówiąc już o dziurawych butach, od których odchodziła podeszwa. Włosy mieli posklejane i pokołtunione. Tak, to jacyś zwykli opryszkowie z miasta. Prychnęłam na ten widok i odwróciłam się do całej bandy. Skrzyżowałam ręce na piersi i uśmiechnęłam się chytrze.
 - Tak, jaśnie panie? – powiedziałam piskliwym głosikiem do mężczyzny. Kilka z nich opierało się od ścianę budynku, ale po moich słowach stanęli na równych nogach i podeszli z uśmiechem, okrążając mą osobę. Cała ósemka przyglądała mi się ciekawskim wzrokiem, ale i pewien znajomy mi błysk w ich oczach się pojawił – chodziło o to, co mogą mi zabrać. Ale było czuć alkohol od ich krzywych gęb. Czyli dlatego jeszcze nie przeszli do czynu. Wódka ich trochę złagodniała.
 - Może księżniczka się gdzieś z nami wybierze? – powiedział jeden z lekko uginającymi się nogami.
 - Cóż panowie, z chęcią bym to uczyniła, ale przykro mi. Na szlachciców nie wyglądacie, a księżniczce nie przystoi z takimi chodzić – zakpiłam, po czym rozłożyłam ręce i skierowałam znów swoje kroki w stronę karczmy. Cóż, nowi koledzy niestety mi na to nie pozwolili. Trójka z nich zagrodziła mi drogę. Odwróciłam się na pięcie i westchnęłam głośno.
 - Naprawdę? – odrzekłam znudzona. Wtedy jeden z nich wyszedł mi naprzeciw.
 - To siłą będziemy musieli cię przy sobie zatrzymać – rzekł śmiejąc się wraz z towarzyszami. Wokół nas zebrała się już grupa ludzi. Ech, świetnie. Jeszcze mi tu widowni brakowało. Przekręciłam oczami, po czym pewnym ruchem dałam z pięści w twarz mężczyzny. Prawie upadł, lecz udało mu się ustać na nogach, cofając się tylko. Złapał się za uderzone miejsce i pomasował je, chcąc wykryć przy okazji jakieś urazy.
 - Szefie! – krzyknął jeden podchodząc do faceta.
 - Teraz tego pożałujesz! – powiedział przywódca grupy. I wyjął zza pasa swoją broń. Był to nieduży miecz, długości mniej więcej mojej broni. Reszta poszła w ślady szefa i stanęli bliżej mnie.
 - No, przynajmniej szybko to załatwimy – chytry uśmiech nadal nie schodził z mojej twarzy. Wyciągnęłam szybko swą broń i stanęłam pewniej, by być gotowa na wszelkie ataki. Po chwili dwójka ruszyła na mnie. Tutaj jednak stanęłam po prostu i czekałam na odpowiednią okazję. Kiedy byli już blisko mnie, zeszłam na bok i po chwili złapałam ich za kołnierzyki koszulek. Szybko złapałam ich mocno za głowy i stuknęłam nimi, na co mężczyźni od razu się położyli. Jeszcze szóstka. Teraz zaczęła się prawdziwa walka. Wszyscy wyciągnęli swe ostrza ku mnie. Z jednej strony obrona, z drugiej, tam próba ataku. Idealnie się walczyło, jednak uparciuchy choć pijane to mocno się trzymały na nogach. Kątem oka dostrzegłam, jak jakiś dziwny facet wychodzi z karczmy. Dotknął ręką białej ściany, po której przebiegło coś podobnego do małego wężyka. Po chwili niespotykane zjawisko przeszło na uliczkę i obwiązało nogi mych przeciwników i zniknęło, podobnie jak siła walki nieprzyjaciół. Nie mogli się ruszyć, co wywołało u mnie nie lada ubaw, jednak powstrzymałam się od śmiechu, by szybko załatwić to i napić się czegoś. Niestety, wewnętrzny śmiech szybko znikł, zastąpiła go złość. Szybko załatwiłam bandę i schowałam broń. O dziwo żadnego nie zabiłam, acz mnie korciło. Ale nie tu, nie w środku miasta. Zgromadzeni ludzie, którzy oglądali to wszystko, zaczęli klaskać. Na mojej twarzy pojawił się grymas. Po pierwsze, nie zrobiłam tego dla nich, a dlatego, że chciałam w spokoju przejść. Po drugie, brawa mi na nic się nie zdadzą, chcę pomówić z tym dziwnym mężczyzną, co wyszedł z karczmy. Nie lubię, kiedy ktoś mi się wtrąca do walki, nawet jak sytuacja w pewnym momencie nie idzie po mojej myśli, co niestety w tej potyczce się zdarzyło. Pomimo to, nie trzeba było mi pomagać. Spojrzałam gniewnym wzrokiem na ludzi, po czym szybko oddaliłam się od nich i wparowałam do karczmy. Uderzył mnie od razu zapach piwa, dźwięk rozmów i gorące powietrze pomieczenia. Zignorowałam to wszystko, choć zwykle lubiłam się napawać klimatem karczm, jednak teraz nie to mną prowadziło. Rozejrzałam się po miejscu lustrując wszystkich dokładnie, by nie przeoczyć tego mężczyzny, co wtedy wyszedł. Po chwili moje spojrzenie odkryło ów postać. Siedział przy niedużym stole przy oknie, jedząc jakąś potrawę i pijąc przy tym jakiś alkohol najprawdopodobniej. Spojrzałam na niego i ruszyłam w jego stronę. Dźwięk moich kroków rozniósł się po karczmie, jednak większość rozmów czy śmiechów go zagłuszała. Przy okazji przyjrzałam się nietypowemu wyglądowi nieznajomego. Włosy miał ciemnobrązowe, co na początku pomyliło mi się z czarnymi. Co było dziwne, z głowy wyrastały mu dwie pary rogów. Jedna różniła się od drugiej, sama nie wiem, do czego je porównać. Nosił brązową, lekko poszarpaną koszulę, która luźno na nim była, czarne spodnie z niedużymi dziurami na kolanach i zwykłe czarne buty. Jednak nie ubiór był tu najdziwniejszy. Jego dłonie, jak i kawałek dalszej części ręki były czarne, jakby cierpiał na jakąś chorobę skóry. Za to w okolicach obojczyka dostrzegłam jakieś dziwne części ciała. A jeśli mowa o dziwnych częściach ciała, to chyba jednak najbardziej w oczy rzuca się długi, smoczy ogon w barwie ciemnego zielonego. Przekręciłam delikatnie głowę, kiedy wszystko zobaczyłam. Naprawdę nietypowy człowiek. Jednak nie o to teraz chodziło. Kiedy byłam już blisko stolika mężczyzny, wyjęłam z kieszonki jeden z moich małych sztylecików. Kiedy byłam wystarczająco blisko niego, wbiłam w stół nożyk i spojrzałam na niego gniewnie. Osobnik przeżuł ostatni kęs i podniósł głowę na mnie. Odłożył sztućce i pytającym wzrokiem popatrzył na mnie.
 - Nie mieszaj się w nieswoje sprawy – syknęłam.
 - Dopełnij swoją wypowiedź, bo nie rozumiem do końca o co chodzi – odpowiedział zdziwiony.
 - Nie zgrywaj się, oboje dobrze wiemy o co chodzi. Więc powtórzę – nie mieszaj się w moje sprawy – rzekłam stanowczo.
 - Widać było, że bez pomocy by się nie obeszło – odrzekł ze spokojem.
 - Ślepota to nic strasznego kolego – zakpiłam i dodałam – Słuchaj, są sprawy, które można zostawić. W szczególności do nich należą moje sprawy – powiedziałam i wyciągnęłam nożyk chowając go do kieszonki.
 - Do zobaczenia – szepnął sarkastycznie mężczyzna i zabrał się do dalszego jedzenia. Spojrzałam jeszcze przez ramię na niego, po czym ruszyłam w stronę wyjścia.
 - Do zobaczenia – szepnęłam również sarkastycznie, wychodząc z karczmy. Rozejrzałam się po ulicy. Tłum się rozszedł na całe szczęście. Ruszyłam wzdłuż drogi, jednak po chwili wdrapałam się na jeden z dachów budynku i ruszyłam dalej swoją drogą.

<Lumeus? To gdzie teraz się zobaczymy? xd>

27 maja 2016

Od Reiny - CD. Alli

 - Królowa mówi, że masz pojechać do Armonii i zdać jej później relacje z tego co widziałaś i czego się dowiedziałaś – z sali tronowej zamku Fuego’a wyszedł jeden ze sług królowej. Stałam przed salą i opierałam się właśnie o jedną z kolumn zamku mając ręce skrzyżowane na piersi. Spojrzałam z ukosa na dostojnego mężczyznę stojącego niedaleko mnie. Dopiero teraz dotarło do mnie, jaki rozkaz od królowej mi przekazał.
 - Czy ona na głowę upadła?! – syknęłam w stronę mężczyzny w miarę cicho. No tak, to królowa Fuego’a przecież, więc chyba ten rozkaz jest w miarę normalny, pomyślałam.
 - Cóż, rozkaz to rozkaz i nie powinnaś go kwestionować. Do Armonii jest się trudno dostać, fakt. Ale skoro królowa rozkazuje ci jechać tam, to znaczy, że masz tam jechać – odpowiedział wyniosłym tonem i dodał – Teraz muszę cię opuścić. Posiłek królowej trzeba przynieść – ukłonił się lekko i powędrował w stronę kuchni.
 - Posiłek królowej trzeba przynieść – powiedziałam dziecinnym głosem i z grymasem na twarzy. Sługa odwrócił się spojrzał na mnie zaciekawionym wzrokiem.
 - Coś chciałaś powiedzieć? – odrzekł. Pokręciłam przecząco głową z udawanym szerokim uśmiechem i przymkniętymi oczami. Mężczyzna odchrząkną po czym ruszył dalej w stronę swego celu. Westchnęłam i przewróciłam oczami. Lepszego zadania dla mnie nie miała niż wyprawa do Armonii, naprawdę. Ruszyłam powoli schodami, które prowadziły z pierwszego piętra na sam dół. Po chwili już byłam na dole i otwierałam ogromne drzwi od pałacu. Uderzyło mnie świeże powietrze gór, wokół których był położony zamek. Ludzie pracujący na zamku krzątali się na dziedzińcu. Dało się słyszeć rozmowy i krzyki na siebie. Chłodny wiatr rządził tutaj, a słońce bacznie obserwowało wszystko. Rozejrzałam się po miejscu, po czym poprawił kaptur i pomaszerowałam w stronę bramy zamku by z niego wyjść. Niedaleko stał mój koń – Eletria. Zwierze było głaskane przez jednego ze sług królowej. Wskoczyłam szybko na konia i chwyciłam wodzę dając łydkę, by klacz ruszyła. Koń podniósł głowę i prychnął.
 - Wybacz, ale zaraz mnie szlag jasny trafi. Później ci powiem czemu – szepnęłam do konia, nachylając się lekko do jej uszu. Pomimo tego, że Eletria była tylko zwierzęciem, to rozumiała wszystko co do niej mówiłam. Jedyna bariera do porozmawiania ze mną tkwiła w tym, że konie nie umieją mówić.
 - Otworzyć bramę! – krzyknęłam do strażników. Jeden wyjrzał, by zobaczyć kto o to prosi. Znając moją osobę, pokazał ręką do reszty by podnieśli metalową bramę stworzoną z krat. Kiedy dało się już przejechać, popędziłam Eletrię do kłusa i wyjechałyśmy z zamku.

***

 - Rozumiesz? Do Armonii! Za nim ja tam wjadę to mnie poćwiartują! – krzyknęłam zła leżąc na plecach na koniu. Plecami opierałam się o jej szyję, a nogi miałam za siodłem. Klacz prychnęła i potrząsnęła głową.
 - Ech, a trzeba było zostać przy płatnym mordercy – powiedziałam. Nagle Eletria się zatrzymała i podniosła delikatnie nad ziemia przednie kopyta.
 - Ejże! – rzekłam i przekręciłam się tak, że znów siedziałam w siodle.
 - Co się dzieje? – zapytałam zdziwiona. Zwierze przekręciło delikatnie głowę w moją stronę i zarzuciło łbem. Teraz zrozumiałam o co jej chodziło.
 - Masz rację – powiedziałam, a na mojej twarzy zawitał mój chytry uśmiech, po czym dodałam – Nigdy nie odmawiałam sobie takich przygód. A i teraz może być zabawnie.
 Włożyłam stopy w strzemiona, chwyciłam mocniej wodze i dałam łydkę Eletrii nakazując by ruszyła galopem.
 - Więc i dziś sobie nie odmówię tego! – zaśmiałam się i pochyliłam się lekko do przodu, by koń mógł szybciej biec.
 Trochę czasu mi zajęło dotarcie na granicę Fuego’a i Armonii, ale dotarłam. Westchnęłam głośno i poprawiłam kaptur, który lekko mi się osuną podczas jazdy. Na terenach Armonii stała masa strażników z dość dużym obozem. Strzegli by nikt nie wszedł do królestwa, ani nie wyszedł. W końcu taki rozkaz wydała królowa Armonii. Cóż, ja będę musiała tym panom przeszkodzić w wykonywaniu swego zadania, gdyż ja muszę swoje wykonać. Prześledziłam wzrokiem obóz, po czym podjechałam bliżej strażników, którzy wybudowali niewysoki drewniany mur na tej części granicy.
 - Kim jesteś? – krzyknął do mnie jeden, kiedy podjechałam. Z chytrym uśmiechem wpatrywałam się w szyję konia.
 - Kimś, a ty na pewno nie zasługujesz na to, by poznać mą tożsamość – usłyszałam kilka cichych śmiechów. Z ukosa spojrzałam na mojego rozmówcę, który najwidoczniej był trochę poirytowany mną.
 - Kimkolwiek jesteś i jakiekolwiek masz zamiary, to wiedz jedno – nie przejdziesz tędy, ani żadną inną drogą do Armonii – rzekł stanowczo rycerz.
 - Nie to nie – powiedziałam i zaśmiałam się lekko odjeżdżając.
 - Lecz nie wiesz wszystkiego o moich zamiarach przyjacielu – powiedziałam sama do siebie kiedy trochę odjechałam. Zawróciłam Eletrię i popędziłam ją do galopu. Koń z łatwością się rozpędził i już był przygotowany do skoku przez drewniany mur. Na całe me szczęście, nie był on wysoki. Rycerze już mieli zamiar porozmawiać w spokoju, jednak kiedy mnie zobaczyli, od razu stanęli jak wryci i wyciągnęli po chwili miecze.
 - Uwaga! – krzyknęło kilku z nich, na co reszta spojrzała na mnie i zrobiła to co oni. Zaśmiałam się. Eletria już leciała nad murem i z gracją wylądowała po drugiej stronie, ruszając ponownie galopem uciekając od straży.
 - Na razie panowie! – krzyknęła za siebie i dodałam łydkę Eletrii, by ruszyła szybciej. Po chwili usłyszałam za sobą stukot końskich kopyt. Spojrzałam za siebie i dostrzegłam siedem mężczyzn na koniach ubranych w zbroje. Rzecz jasna zmierzali w moim kierunku. Ucieczka mi nic nie da, nawet jak im z oczu zejdę, to łatwiej im będzie mnie wytropić. A jak się ich pozbędę na razie, to już tak szybko mnie nie znajdą. Wstrzymałam trochę mojego wierzchowca, by zaczął wolniej galopować. Chciałam, by choć trójka z rycerzy mnie dogoniła, lecz dwójka z nich wysunęła się na przód i popędzili konie do szybszego biegu, by do mnie dotarły. Po chwili jeden galopował po mojej prawej stronie, a drugi po lewej.
- Jak leci? – uśmiechnęłam się szeroko do nich po czym puściłam wodzę i podsunęłam je bardziej pod siodło. Wyjęła nogi ze strzemion i usiadłam bokiem. Oparłam się rękoma o siodło i podniosłam nogi do góry, kopiąc mocno w bok jednego z mężczyzn. Byli na tyle blisko mnie, że bez problemu udało mi się go zrzucić z siodła. Pomogło mi też to, że niezły kawałek zbroi miał na sobie. Potem odwróciłam się do drugiego i załatwiłam go tak samo, choć ten szybciej przewidział mój ruch niż tamten, ale udało mi się go zwalić z siodła. Usiadłam znów w siodle i spojrzałam za siebie. Jeszcze piątka. Jednak pomimo tego, że jechałam w miarę wolno galopem, to tamci nie mogli mnie dogonić. Cóż, może to tylko dla mnie był wolny galop. Zatrzymałam wiec konia i chwyciłam w rękę moją broń.
 - Niestety, wy nie wykazaliście się dobiegnięciem do mnie, więc może załatwmy to bronią – rzekłam z błyskiem w oku. Rycerze do mnie dojechali i wyciągnęli swoje miecze. Dwójkę zabiłam, resztę po prostu zrzuciłam z siodła, jednak od tak ich nie zostawiłam. Szybko rzuciłam moja bronią w nogę jednego, bez pudła. Zawył głośno i złapał się za nogę. Zeskoczyłam z konia i wyjęłam ostrze, na co znów zawył z bólu. Pozostała dwójka, która spadła z siodła biegła już do mnie, jednak jednego potraktowałam tak samo jak pierwszego, a drugiemu rzuciłam dwa małe nożyki również w nogę, w końcu nie mogłam pozwolić by za szybko mnie dogonili. Ostrożnie, by nie zostać złapaną za rękę, wyjęłam szybko moją broń, podobnie zrobiłam z nożykami, na szczęście żaden mnie nie złapał, choć próbowali. Wsiadłam znów na konia.
 - Do zobaczenia panowie, miłego leczenia ran – zaśmiałam się i odjechałam od nich. Rzuciłam szybkie spojrzenie na miejsce, gdzie pokonałam pierwszą dwójkę. Leżeli nieprzytomni, widać upadek z konia w galopie nosząc na sobie taką zbroję nie był za przyjemny. Uśmiechnęłam się i ruszyłam dalej. O ile się orientowałam, to w tamtą stronę było jedno z miast Armonii – Miasto Harmonii. Chyba powinnam odwiedzić to miejsce. Choć pewnie niedługo nie będę tam pożądanym gościem. Straże z granicy pewnie powiadomią w królestwie o obecności intruza na ich terenach. Co raczej nie zmieni faktu, że będę przesiadywać na dachach budynków. Będę musiała tylko być trochę bardziej ostrożna na ulicach, ale i tak zawsze uważam by nikt mnie nie wyczaił.

***

 Na reszcie dotarłam do ów miasta. O dziwo, nikogo nie spotkałam na mojej drodze, na całe moje szczęście. Kiedy usłyszałam już głosy przechodniów, wiedziałam, że jestem koło miasta. W końcu je ujrzałam. Drewniane budynki, kamienne ścieżki i radosne rozmowy mieszkańców. Tak, to Miasto Harmonii.Powiedziałam Eletrii, by chodziła gdzieś w okolicach miasta, ale nie za blisko. Klacz się posłuchała, po czym odbiegła ode mnie. Westchnęłam, po czym odwróciłam się w stronę miasta. Nie miało żadnego ogrodzenia, więc bez problemu wspięłam się na dach pierwszego lepszego budynku. Rozejrzałam się wokół i nasłuchiwałam skąd pochodzą najgłośniejsze krzyki. Chciałam dotrzeć na targ, tam czegoś więcej bym się pewnie dowiedziała. Miałam przynajmniej taką nadzieję. Po chwili wyłapałam największe skupisko krzyków i ruszyłam w tamtą stronę. Po jakiś dziesięciu minutach byłam już na jednym z dachów budynku, który obok siebie miał targ. Rozejrzałam się po miejscu i uśmiechnęłam się chytrze, jak to ja. Przeskoczyłam na drugi dach, by być bliżej i przysiadłam na nim przyglądając się kupującym jak i samym kupcom. Większość była ubrana w zwykłe ubrania, poobdzierane, przetarte czy z łatami.
 - Od nich raczej dużo się nie dowiem – westchnęłam, lecz nagle dostrzegłam pewną kobietę wyróżniającą się z tłumu. Nosiła bardzo schludne ubranie, włosy miała poukładane, a dostojny chód i wyprostowana sylwetka wskazywało na to, że pracuje gdzieś na zamku. Za to od niej już chyba więcej usłyszę. Jeśli moje podejrzenia są prawdziwe, to nikt innych mi chyba więcej nie powie, niż sama służba królewska. Na razie postanowiłam ją śledzić. Na targu kupiła truskawki i chyba coś jeszcze, nie wiem, za bardzo mnie to nie interesowało. Później jednak miałam szansę na rozmowę. Dziewczyna opuściła teren targu z zakupami i ruszyła przed siebie. Nadal biegnąc po dachach za nią dotarłam do postoju dla koni, gdzie zwykle w mieście je się na chwilę przywiązywało. Kobieta zabrała z tamtąd czarno-białego wierzchowca i wyjechała powoli z miasta. Zaraz po tym jak opuściła zabudowania, zeskoczyłam z budynku i zagwizdałam, kiedy kobieta oddaliła się na swym koniu. Po chwili Eletria pasąca się niedaleko, podbiegła do mnie. Szybko wsiadłam na zwierze i popędziłam je do galopu. Kobieta, którą śledziłam nie odjechała daleko, więc bez problemu dogoniłam ją. Słysząc stukot końskich kopyt, dziewczyna odwróciła się by zobaczyć źródło odgłosu, jednak po chwili stanęłam przed jej koniem. Rumak się zatrzymał i prychną potrząsając łbem. Kobieta odwróciła głowę w moją stronę i z lekkim zdziwieniem zlustrowała mnie wzrokiem.
 - Kim jesteś? – zapytała ze spokojem w głosie.
 - O, no błagam! Wymyślcie lepsze pytanie – powiedziałam znudzona i dodałam – Moje imię ci do szczęścia nie jest potrzebne, naprawdę. Ja chcę tylko trochę porozmawiać z tobą o Armonii, później ja pójdę swoją drogą, ty swoją. Rzesz jasna, trochę piętników mogę ci do sakiewki dorzucić za informacje. To jak będzie? – powiedziałam, a z mojej twarzy nie schodził chytry uśmiech.


<Allia? Takie se to opowiadanie, ale następne będą lepsze xd>

21 maja 2016

Reina Truen


Dane Personalne 
Imię i Nazwisko: Reina Truen 
Pseudonim/y: Nazywana Królową Nocy i Kruków, czasami mówią na nią Dachowiec, niektórzy powiadają, że jest Legendą, której nie można opowiedzieć ani wysłuchać, kiedyś jeszcze ktoś ją nazwał Inną. Dużo tego było, oj dużo. Jednak te, które tu wymieniłam najczęściej padały jeśli była mowa on Reinie. Z resztą, jej nawet do gustu one przypadły. A jeśli chcesz skrócić jej imię to proszę bardzo, chodź za dużo do skracania nie ma. Ale jeśli już ktoś to robił, to najczęściej pojawiała się ksywka Rei. 
Data urodzenia: 26 grudnia
Wiek: 21 lat
Stanowisko: Obecnie pracuje jako szpieg w królestwie, choć niegdyś była płatnym zabójcą i złodziejaszkiem. Nawet zdarza jej się nie być do końca posłusznej królowej… Cóż, krew dawnego przestępcy nadal w jej żyłach płynie. 
Płeć: Kobieta
Królestwo: Fuego’a
Aparycja
Kolor oczu: Fiołkowy 
Kolor włosów: Rudy 
Wzrost: Jest dość wysoką kobietą, 180cm. 
Znaki szczególne: Przez jej plecy przebiegają dwie, dość długie blizny. Jedna idzie od lewego ramienia na skos do biodra, gdzie się kończy. Za to ta druga jest krótsza i zaczyna się i kończy w innym miejscu niż ta pierwsza, ale idzie wzdłuż jej linii. To dwie jej najbardziej charakterystyczne blizny, których ma dość dużo. Na lewej dłoni od wewnątrz posiada tatuaż, który obrazuje płomień z którego wylatuje kruk. Tatuaż nie posiada kolorów, jest zwykłą czarną obwódką. Kobieta zdobyła go, kiedy odkryła jaką magiczną moc posiada. Tatuaż wypalił się sam na jej dłoni i zmienił kolor na czarny. 
Opis fizyczny: Reina, jak można zauważyć, jest szczupła. Często można pomyśleć, że siły w tych łapkach nie ma, jednak wyrobiła sobie je trochę. Sylwetkę ma zwykłą, nie wyróżniającą się niczym raczej. Jeśli chodzi o jej twarz to raczej nie można powiedzieć, że jest to twarzyczka dobrej duszyczki. Jej bystre fiołkowe oczy patrzą na ciebie ze spokojem, a jednak masz uczucie, że cię już na wylot znają. Chytry uśmiech nie z chodzi z buzi, jakby była pewna wszystkiego co zrobi. Rude włosy, które sięgają połowy piersi, przysłaniają lekko lewe oko, a tak swobodnie spoczywają na jej ramionach. Co do ubioru, to zawsze zakłada to samo. Zwyczajne wysokie buty, spodnie z małymi wzorkami na górze, a na kolanach metalowa osłona. Wyżej niż kolano ma pasek na którym przechowuje dwa małe nożyki, na obu nogach tak samo. Dalej zwykła skórzana bluzka ze sznurkami po bokach. Jednak ma odsłonięte ramiona i kawałek ręki. W pasie jeszcze pasek z metalowymi elementami. Zawsze przy nim nosi swoją broń. Nożem jej nie nazwę, ani mieczem, więc powiedzmy, że jest to coś pomiędzy tymi dwoma broniami. Reina zawsze zakłada na swoje ręce coś w rodzaju rękawiczek, lecz sięgają one trochę wyżej łokcia. Mają nieduże wzory w pewnej ich części i podobnie jak na kolanach, tak tu na łokciach mają metalową osłonę. Jest jedna jeszcze rzecz bez której nie ruszy się kobieta. Niedługi czarny płaszcz z wzorem na dole z kapturem. Sięga okolic bioder, może trochę wyżej. Co do samego kaptura, to posiada wzory, a na samej górze zwęża się i jest trochę spiczasty. Czy coś jeszcze dodać? Chyba nie trzeba. 
Informacje fabularne
Rodzina:
- Przybrany Ojciec: Aron Fuerz X
Nie wie jak nazywali się jej prawdziwi rodzice. Tak naprawdę, jej rodziną była cała szajka złodziei w której się wychowała, lecz za długo by wymieniać ich wszystkich.
Środek transportu: Klacz, najprawdopodobniej rasy mustang. Nazywa się Eletria. 
Cel: Hm… Czy ona ma jakiś cel? Czy dąży do czegoś? Cóż… Trudno powiedzieć. Zawsze chciała mieć swojego konia i go ma, więc to odpada. Raczej założenie rodziny nie jest dla niej. Jakoś szczególnie nie porywa ją do tego by mieć kiedyś wielką władzę. Więc, co jest jej celem? Nawet ona sama sobie nie umie zbyt na to pytanie odpowiedzieć. Choć, zawsze chciała wiedzieć dlaczego istnieje. Jej zdaniem każdy po coś istnieje, jednak Reina sama nie wiedziała po co ona istnieje. Więc, za jej cel można chyba uznać to, że chce odkryć, dlaczego tak naprawdę istnieje. 
Historia: Tak naprawdę cała historia Reiny zaczęła się w przy południowej granicy Królestwa Fuego’a – w Puszczy. Jej rodzice wraz ze swoim niedawno narodzonym dzieckiem jechali powozem po jednym ze szlaków. Byli kupcami i chcieli odwiedzić królestwo Tierry w celu sprzedania paru rzeczy. Spokojni o wszystko przemierzali teren wciąż rozmawiając o swojej córeczce. Mała smacznie spała na rękach mamy. Nie mieli jeszcze dla niej imienia, więc jej imię było tematem przewodnim ich rozmów. Nagle koń który ciągną ich powóz zatrzymał gwałtownie i zarżał. Zaczął niespokojnie przechodzić z nogi na nogę rozglądając się wokoło. Zaskoczona para tym również zaczęła wyszukiwać czegoś między drzewami. Obawiali się, że natrafili na szajkę złodziei. Niestety obawy się sprawdziły. Z gęstwiny drzew wyskoczyło około dwudziestu złodziejaszków. Śmiali się zadowoleni z siebie, krzyczeli, że kolejne skarby dojdą do kolekcji. Rodzina nie wiedziała co robić, siedzieli na wozie osłupieni tym. Kiedy opryszkowie ich otoczyli, nie mieli wyjścia. Musieli przystać na nich żądania. Przywódca imieniem Aron rozkazał, by wóz został opróżniony z wszelkich kosztowności, a połowa ich sakiewki miała wylądować w rękach dowódcy. Po chwili wóz był prawie pusty, a pieniędzy już tyle co wcześniej nie było. Całe szczęście to było wszystko co chcieli, jednak ich zdanie zmieniło się. Nagle dziecko rozpłakało się. Aron już znikał z szajką w lesie, gdy usłyszał płacz. Zatrzymał swoich pomocników, a sam obrócił się na pięcie w stronę rodziny. Podszedł do matki, po czym spojrzał na jej ręce, w których leżało zawinięte w biały materiał dziecko. Uśmiechną się czule, ale po chwili ten uśmieszek zmienił się w chytry uśmiech. Zażądał by i dziecko zostało mu oddane. Zawsze marzył o swym własnym dziecku. Rodzina się sprzeciwiła, jednak pod groźbą zabicia ich, oddali małe dzieciątko. Z trudem to zrobili i z trudem odjeżdżali z pustym prawie wozem. Wszyscy pytali przywódcy na cóż mu to dziecko, ale on nie odpowiadał, tylko patrzył na nie przyjaźnie i uciszył jego płacz czule mówiąc do dziecka. Kiedy dotarli do obozu całej szajki, przywódca usiadł na jednej z kłód przy ognisku i wpatrywał się w niewinną twarzyczkę malucha. Wokół niego zgromadził się prawie cały obóz. Nagle Aron powiedział:
- Reina.
- Co? – zapytali chórem wszyscy. Wytłumaczył, że chodzi o jej imię. Że będzie się nazywać Reina. Nazwisko wymyślił jej sam, nie chciał by nosiła jego. Mogło się to kiedyś na niej odbić.
Mała Reina zaczęła dorastać. Wychowywała się wśród złodziei zdobywając różne umiejętności, ucząc się tego i owego. Niektórzy byli wykształceni i uczyli ją języka, obliczeń i różnych takich. Większość nauczała ją jak walczyć, skradać się, zabijać i innych. Reina była uwielbiana przez całą szajkę. Każdy z uśmiechem na nią patrzył i zawsze cieszył się kiedy mógł ją czegoś nauczyć. Aron z zadowoleniem podziwiał to jak jego przybrana córeczka uczy się wszystkiego. Traktową ją jak swoje rodzone dziecko. Tak oto przez prawie dziewiętnaście lat wychowywała się Reina. Zaczęła brać udział w napadach, co sprawiało jej nie lada przyjemność. Jednak nadszedł czas, kiedy przyjemność zlała się ze smutkiem. 
Kolejny słoneczny dzień zawitał do puszczy. Bystre oczy Reiny otworzyły się od razu, kiedy promienie słońca wpadły do jej namiotu. Podniosła się od razu i wyszła z namiotu. Spała jak to większość złodziei w ubraniach, więc nie ma co się przebierać. Rozciągnęła się i z uśmiechem przeszła się po obozie. Przeczesała rękoma swoje rude włosy i spojrzała w głąb Puszczy. Dopiero wszystko budziło się do życia. Po jakimś czasie cała szajka żyła już pełnią życia. Dało się słyszeć dźwięk srebrnych talerzy jakie skradli niedawno, zapach piwa, śmiechy, rozmowy czy dźwięk obijania się o siebie kufli. Reina siedział pod drzewem i czytała książkę o sztuce walki, którą dostała od Nizirada – jednego ze złodziei. Po południu jednak takiego spokoju nie mogła zaznać. Wsłuchując się w dźwięk natury poderwała się na równe nogi słysząc wyzwiska pochodzące z środka obozu. Ruszyła w tamtą stronę by sprawdzić co się dzieje. Nagle usłyszał jak dwa miecze obijają się o siebie. I znów. Przyspieszyła kroku, a po chwili podenerwowana ruszyła truchtem. Gdy dotarła do obozu spostrzegła ogromne zbiorowisko. Wszyscy z szajki okrążali coś. To właśnie stamtąd leciały wyzwiska i dźwięk uderzania się o siebie mieczy. Dziewczyna zaczęła się przeciskać między złodziejami by coś zobaczyć. Nagle jej oczom ukazał się Aron i jeden z szajki – Malen. Oboje pojedynkowali się na miecze, lecz Malen był młodszy i szybszy niż Aron. Pokonał go. Przywódca legną na ziemi, a miecz wypadł mu z ręki. Młody przeciwnik bez zastanowienia przebił go na wylot mieczem. Reina nie mogą w to uwierzyć rzuciła się ku ojcu klęcząc przy nim. Z trudem powiedział, że ją kochał, kocha i będzie kochał. Tylko tyle powiedział po czym zamkną oczy, jego serce zabiło po raz ostatni. Rozpłakana dziewiętnastolatka pełna gniewu i smutku podniosła miecz leżący trochę dalej od ojca i odwróciła się do Malena cieszącego się wygraną i obwieszczającego, że od dziś on jest przywódcą.
- To się okaże – rzuciła Reina. Mężczyzna się odwrócił i zakpił z niej. Ona chciała z nim walczyć? Do walki doszło i gniewna dziewczyna o dziwno bez problemu wygrała z przeciwnikiem, zabijając go tak samo, jak on zabił jej ojca.
- Kto by pomyślał, że tak oddana nieprawdziwemu ojcu – powiedział ostatnim tchnieniem Malen i umarł. Reina nie rozumiała do końca jego słów, ani tego, że szajka krzyczała „Nowa Przywódczyni!”. Później się wyjaśniło. Opowiedzieli jej o tym jak trafiła do złodziei i o tym, że teraz ona jest przywódcą brygady. Nie miała żalu do Arona. Nawet go pochowała niedaleko obozu, za to ciało Malena wrzuciła do rzeki. Postanowiła być godnym zastępcą ojca. Później czas tylko ją kształcił, budował jej charakter w pewnym stopniu. Przewodziła złodziejami, sprawnie ograbiała tych którzy przejeżdżali drogą. Miną rok, a czasy świetności tych złodziei minęły. 
Reina podjęła się bardzo ryzykownego działania. Dostała informacje, że będzie drogą przejeżdżała bardzo bogata karawana. Większość mówiła, że nie ma co, nie uda się, jednak dziewczyna postanowiła i tak zaatakować i słono za to zapłaciła. 
Atak był już przygotowany. Wszyscy zaczaili się w swoich miejscach, każdy czekał, każdy wyrównał oddech, każdy ucichł. Reina skryta w krzakach z trójką pomocników byli gdzieś w środku wszystkich. Kiedy karawana była już pomiędzy nimi przywódczyni wydała rozkaz. Na początku zlękła się ilości przeciwników, lecz po chwili doszła do wniosku, że uda im się bez problemu. Niestety, karawana była lepiej uzbrojona niż się spodziewała. Teraz do niej dotarło, dlaczego większość była przeciwna atakowi. Z minuty na minutę zaczęli przegrywać i szajka została wyłapana w końcu i zakuta w kajdany. Reina miała w pewnym momencie czas na ucieczkę i każdy krzyczał by uciekała, lecz ona chciała ich ratować i sama skończyła w kajdanach. Karawana tylko trochę draśnięta ruszyła dalej z nowymi niewolnikami. Kiedy zrobili postój postanowili pobawić się nowymi zdobyczami, a raczej szybko ich wytępili. Ustawili ich w jednym rządku, nadal skutych. Reina nie była przy nich. Dowódca karawany stał przy niej i w mocnym uścisku trzymał ją. Po chwili nakazał by więźniowie zostali zabici prócz niej. Nagle trójka jego żołnierzy zaczęła jeden po drugim przebijać mieczami złodziei. Reina krzyczała w niebogłosy by przestali, by ich oszczędzili i ją zabili, lecz na marne. Dowódca śmiał się do końca, do ostatniego członka szajki. Reina znów poczuła gniew i smutek. Znów to samo jak traciła ojca. Co było dziwne, dowódca nie zabił dziewczyny. Wręcz przeciwnie, puścił ją wolno. W jednej chwili chciała się odwrócić i go zabić. Za to co zrobił jej przyjaciołom. Za to co zrobił jej rodzinie. To mówiło serce, lecz tym razem posłuchała się rozumu, który kazał iść swoją droga. Odeszła z tamtego miejsca z żalem, że nic nie mogła zrobić. Minął kolejny rok, podczas którego zabiła parę osób za pieniądze, czy okradła kilkanaście razy kogoś. Znalazła wtedy swojego rumaka – Eletrię. Dalej jakoś życie się układało, aż pewnego razu posunęła się za daleko i wkradła się do zamku Królestwa Fuego’a. Straż ją złapała i zabrała do królowej, a ona zaproponowała bycie jej szpiegiem albo śmierć. Władczyni zauważyła jej zdolność skradania się. W końcu jak już uciekała to ją przyłapali, więc królowa uznała, że nieźle sobie poradziła przekradając się w zamku. Reina przystała na propozycję bycia szpiegiem i tak oto nim jest po dziś dzień. Co się stało z obozem szajki? Nie wiadomo. Może inni bandyci go zamieszkują, albo porósł zielenią. Reina nie zawitała tam ani razu, odkąd została złapana przy ataku na karawanę. Jednak kto wie, może kiedyś odwiedzi to miejsce. Na razie żyje jak żyje, wspomnienia się uchowały jak umiejętności. Tak obecnie prezentuje się historia tego Dachowca. 
Opis osobowości: Ojoj, od czego by tu zacząć? No nie wiem… E, samo pójdzie w pewnym momencie, a przynajmniej taką nadzieję mam. No dobra, ale zaczynając. Reina ma w sobie cechy typowego Fuegończyka, a przynajmniej w połowie. Dobra, dobra, więcej niż w połowie. Jest strasznie sarkastyczną postacią. Łapie za słówka, co później sprytnie wykorzystuje, najczęściej dla przyjemności własnej. Ona nawet potrafi ci co zdanie sarkazm wpleść, uwierz mi, albo sam się przekonaj. Jednak żebyś za wcześnie się nie poddał przy rozmowie z nią, to stara się trochę ograniczyć te swoje sarkastyczne teksty. Cóż, nie zawsze to wychodzi, charakteru jej nie zmienisz. I ona sama siebie też nie zmieni, bo do siebie nic nie ma. Na pewno nikt kto ją spotkał nie powiedziałby, że jest szarą myszką. To bardzo żywiołowa dziewczyna, której nie powstrzymasz jak się uprze. Tak, jest uparta jak osioł, choć preferuje bardziej konie. Czasami porywcza, co nie zawsze jej na dobre wychodzi, podobnie jak z jej gadulstwem. To tak wygadana osoba, że można pomyśleć, że jej głowa to jak zbiór dwóch tysięcy słowników z różnymi wyrazami czy ironicznymi sformułowaniami. Bywa tak, że naprawdę jest jej trudno powstrzymać się od komentarza czy rozgadania się na dany temat. Jak możesz się domyślać – nie zawsze jej to pomaga. Czy to z ważną osobowością rozmawia czy kupcem, to jest tak samo rozgadana i sarkastyczna. Każdego traktuje tak samo i nawet przy królowej zachowuje się tak jak zwykle, choć stara się czasami zapanować nad swoim charakterem. Wszyscy dobrze wiemy jaka jest władczyni Fuego’a. Czasami lepiej trzymać język za zębami. Ta… Ale nie zawsze to takie łatwe, a przynajmniej dla niej. Co do innych cech jej „codziennej maski” to śmiało można rzec, że Reina to osoba odważna i pewna siebie jak i swego zdania. Jeśli już się czegoś podjęła, to to wykona, nie zależnie do trudności zadania. Wzięła to na siebie i zrobi to. Jednak nie myślcie sobie, że jest to „głupia odwaga”, jak ona to nazywa. Nie uważa siebie za osobę taką, że „O, jakieś zadanie biorę! Jestem taki odważny, że kurcze wszystkich pokonam i w ogóle super!”. Do wszystkiego podchodzi w pewnym dystansem i odwagę okazuje, jednak z głową. Nie jest wielkim wojownikiem, który myśli, że ma siłę i już wygrał, wręcz przeciwnie. Ona bierze pod uwagę siłę wroga i siłę swoją, dołączając to, jak kombinuje w głowie. Warto jeszcze wspomnieć o jej małych psikusach. Jest iście roześmianą dziewczyną, która nie odmówi sobie dobrego żartu czy odrobiny śmiechu, który szczerze mówiąc, zawsze jej towarzyszy. Jak była mała, to uwielbiała wykręcać numery członkom szajki. Teraz też jej się to zdarza, ale rzadziej. Ale i tak, tamte czasy wygłupów wspomina z uśmiechem. Tak jeszcze powiem trochę o jej pomaganiu drugiej osobie. Zwykle tego nie czyni, ale są momenty kiedy wyciągnie pomocną dłoń, ale na jakiekolwiek słowa „dziękuje” nie liczy, woli bez słowa pomóc. Jednak pamiętaj o tym, że ona nie zawsze to robi. Tak przy okazji jeszcze, powiem ci kolego, że ona ma pewne granice w jej charakterze. Otóż są to granice, które jak ktoś przekroczy, to wzbudza w niej się wewnętrzny smok. Choć, może to dziwne dla Fuegończyka, ale stara się go rzadko wywoływać. Cóż, jej charakterek chyba można sobie doskonale wyobrazić, lecz może zwróciłeś uwagę na to, że użyłam w pewnym momencie takiego sformułowania jak „codzienna maska”. Czyli, że ma też inną maskę? Jeśli tak myślisz, to dobrze kombinujesz. Jak to Reina mówi „Mam dwie maski. Jedna to ta, którą częściej noszę, a druga jest specjalna, którą ukrywam. Do pewnego czasu, ale ten pewien czas szybko nie przychodzi, a nawet nigdy”. Teraz zajmiemy się tą „specjalną maską”. Otóż ją zakłada naprawdę po długim czasie spędzonym z kimś. Naprawdę długim czasie, jej zaufanie się długo buduje. Otóż jest to osoba bardzo nie ufna. Można powiedzieć, że jeśli dostanie się w pełni jej zaufanie, to jakby pirat odnalazł górę złota. Rzadko kiedy komuś zaufa, ale tak naprawdę. Nawet bywa tak, że ktoś choć trochę zdobędzie jej zaufanie, a później je zniszczy. Wtedy takiej osobie Reina po raz drugi nie da tyle zaufania. Jednak jeśli ktoś dostanie jej zaufanie, to wtedy kobieta zakłada swoją specjalna maskę. A co kryje za nią? Otóż nadal ta sama twarda i sarkastyczna dziewczyna, lecz może trochę mniej opryskliwa. Bardziej przyjacielska, ale pamiętaj o tym, że pewne cechy zmianie nie ulegną. 
Hm, czy to wszystko? Mniej więcej. Starałam się jak najlepiej ją opisać i miejmy nadzieje, że mi to wyszło. Ale jeśli chcesz się o niej czegoś więcej dowiedzieć, to nic ci nie stoi na przeszkodzie do tego. 
Umiejętności, zainteresowania
Hobby: Przede wszystkim jazda konna. Od małego kochała konie, jeździ na koniach jak mało kto. Nie mówiąc już o wiedzy na ich temat. Do jej zainteresowań można również zaliczyć śpiew. Kiedy jest sama, uwielbia pośpiewać jakieś piosenki jakie wymyśliła, czy kiedyś się nauczyła. Pod tą twardą skorupą jej charakteru kryje się trochę wstydliwości jeśli chodzi o kwestię śpiewu. Ale jak w grę wkraczają wyścigi, to wiedz, że ona sobie ich nie odmówi. Wyścigi na ziemi czy na koniu, obojętne. Po prostu kocha się ścigać. 
Mocne strony: W kryzysowej sytuacji umie szybko wykombinować jakiś plan. Nie potrzeba jej wiele czasu by się wykaraskać z tarapatów. Szybko oblicza to i owo w głowie, bierze pod uwagę wszelkie możliwości i układa jakiś plan. 
Słabe strony: Reina stara się zawsze zapomnieć o przeszłości choć dobrze wie, że od tego nie można uciec. Jednak jeśli ktoś jej już przypomni o jej ojcu, przybranym bo przybranym, ale ojcu i mówi o nim źle od razu wzbiera się w niej złość. Kiedy ktoś przekroczy pewną granicę, po prostu wybucha gniewem i trochę nie kontroluje tego co robi, dodatkowo jest bardziej zdezorientowana. Dlatego nie mówi o swoim ojcu zbyt wiele. 
Jest dość … No dobra, jest bardzo wygadana. Ona nawet jak będzie mówić przed wszystkimi władcami, to jej komentarze znajdą się w jej wypowiedzi, podobnie jak ironiczne teksty. Jej charakterek jest taki sam. Czy to rozmawia z dzieckiem, czy królem, czy kij wie co jeszcze to nadal jej wygadana natura będzie jej towarzyszyć. Przez co nie raz wplątała się w kłopoty… 
Umiejętności fizyczne: Dziewczyna jest doskonała w skradaniu. Nauczyła się tego będą wśród złodziei. W sumie, prawie wszystko co umie nauczyła się będąc w szajce. Jednak skradanie się, jest naprawdę dobrze u niej rozwinięte. Choć, czasami przez jej charakter to skradanie idzie na marne, bo mówi na głos swój komentarz do sytuacji. Do skradania dochodzi również ciche zabijanie. Jak chce, to bezszelestnie zabije przeciwnika, choć czasami walki bezpośredniej nie odmówi. Nie wspominając już o szybkim biegu. To wyćwiczyła sobie sama i pomaga jej to. 
Umiejętności magiczne: Pseudonim Królowej Kruków nie pojawił się znikąd. Otóż Reina posiada moc tworzenia kruków. Nad jej dłonią tworzy się czarny płomień, który po chwili zamienia się w kruka. Kobieta może wytworzyć około siedmiu takich kruków na raz. Zwierzęta są wtedy jej posłuszne. Po jakimś czasie znikają, ale i zdarza się tak, że Reina na zawołanie może je zniszczyć. One nic nie czują, bo są tylko wytworem jej magii.
Umiejętności intelektualne: Ma doskonałą orientację w terenie. Podobnie jest jak przebywa w nieznanym otoczeniu. Pomimo tego, że widzi je pierwszy raz, to umie się bardzo dobrze w nim odnaleźć. 
Ten przebiegły lis bardzo szybko się uczy. Reina łatwo i szybko zapamiętuje to, co się jej pokaże czy powie. 

Autor: wixon3

Siła: 20 Szybkość: 20 Zwinność: 20 Czujność: 20 Wytrzymałość: 20

9 maja 2016

Silveria Lucimara Inflamare

Dane personalne
Imię i Nazwisko: Silveria Lucimara (czyt. "Lusimara") Inflamare
Pseudonim/y: Brak, niemal wszyscy zwracają się do niej pełnym tytułem. Obu imion używa się wymiennie.
Data urodzenia: 21 czerwca (dzień przesilenia letniego)
Wiek: 22 lata
Stanowisko: Królowa (Władca)
Płeć: Kobieta
Królestwo: Fuego
Aparycja
Kolor oczu: Błękit królewski
Kolor włosów: Smolista czerń
Wzrost: 171 cm
Znaki szczególne: Brak
Opis fizyczny: Wampirycznie blada skóra, oraz długie, sięgające nieco poniżej talii, niemal zawsze rozpuszczone włosy o kolorze połyskującej czerni to pierwsze, co ukazuje się oczom spoglądającym na Lucimarę. Następnie uderza w nas szkarłat jej królewskiej sukni, której materiał z każdym krokiem dumnie sunie po posadzce. Dziewczyna posiada usta w kolorze żelazowej czerwieni, szczupłą, kobiecą sylwetkę i przeszywający wzrok, momentalnie mrożący krew w żyłach. Silveria to kobieta o niecodziennej urodzie, jednakże bije od niej wielki chłód i pogarda dla innych. Jej dłonie zdobią długie, zadbane paznokcie naturalnego koloru. Odznacza się ładnym wcięciem w talii, zgrabnymi pośladkami i sporawym biustem. Lucimara jest właścicielką drobnych, zgrabnych stóp, oraz długich nóg, a jej chód jest dostojny i pełen dumy. Jej głos jest dobitny, potężny i dominuje nad resztą dźwięków w jej otoczeniu.
 Przez całą garderobę Pani Inflamare przewijają się dwa kolory - odcienie czerwieni, będącej jej ulubioną barwą, oraz czerni. Zdarzają się czasami akcenty bieli, bądź szarości, lecz jedynie dla kontrastu. Na codzień przywdziewa eleganckie suknie królewskie, odpowiednie do jej pozycji społecznej. Są one nieco dłuższe niż wzrost dziewczyny, przez co ich końcówki suną z każdym jej krokiem po podłożu. Większość z jej oficjalnych szat składa się między innymi z ciasno opiętego gorsetu, związanego mocno rzemykiem przez całą długość pleców. W sytuacji, gdy jest zmuszona walczyć, odziewa się w srebrną, zdobioną zbroję rycerską, wyposażoną w pas ze sztyletami opięty wokół uda, a po lewej stronie w pochwę z rzeźbionym mieczem. Niezależnie od tego, co akurat nosi, zawsze na jej dekolcie spoczywa wisiorek, w zawieszce którego, w srebrnej oprawie umieszczony jest krwistoczerwony rubin - będący, tuż obok płomienia i smoka, symbolem Lucimary.
Informacje fabularne
Rodzina:
matka: Florinda †
ojciec: Wilmer †
zamordowany mąż: Richard †
Środek transportu: brak
Cel: Zdobywanie coraz większej władzy.
Historia: Urodzona była w niezwykle wysoko sytuowanej rodzinie. Chowana była jako jedynaczka, z tego względu była rozpieszczana przez rodziców. Czego by nie zapragnęła, otrzymywała na najmniejsze skinienie palca. Matka Florinda była nadwornym mecenasem sztuki, a ojciec - królewskim doradcą, a za tymi stanowiskami idą ogromne wpływy. Lucimara wychowana została w przekonaniu, że wszyscy są zobowiązani oddawać jej cześć i że zasługuje ona na dużo więcej niż cała reszta otaczającej jej hołoty. Z tego względu nie była zbyt lubiana w środowisku swoich rówieśników. Silveria była pyskatym, lodowatym dzieckiem, które zamiast bawić się z innymi, siadało obok nich i patrzyło się na pozostałych z góry, jak na kogoś dużo gorszego od niej. Dużo czasu spędzała na obserwowaniu walk i turniejów, aż w końcu została samoukiem i wyszkoliła się w płynnym, skutecznym posługiwaniu się bronią i pięściami. Zamierzała w przyszłości wyruszyć w nieznane na podbój świata.
 Jednak jej opiekunowie mieli co do niej inne plany, o czym dowiedziała się już wkrótce po skończeniu 19 lat. Wtedy to zmarła w tragicznych okolicznościach para królewska, pozostawiając młodego, książęcego syna samego. Tuż po otrzęsieniu się z tragedii jaką jest strata rodziców, książę rozpoczął poszukiwania kandydatek na żonę. Nie trwały one jednak długo, gdyż ojciec Lucimary dość szybko przekonał go, do poślubienia jego córki. Sama dziewczyna dowiedziała się o tym jednak na tydzień przed uroczystością. Nie informowano jej wcześniej, gdyż jej zgodę uznano za oczywistą. Przyszła panna młoda, której wpojono, że nikt nie ma prawa się z nią równać, nie mogła zrozumieć, jak jej rodzice śmieli potraktować JĄ tak przedmiotowo i za jej cenę wykupić sobie pełnię królewskiej władzy. W takich okolicznościach Silveria uznała za stosowne ukarać matkę i ojca. Pod osłoną nocy, gdy głowa rodziny spędzała wesoło czas opijając w pobliskiej karczmie rychłe zamążpójście pierworodniej, dziewka zakradła się do sypialni, gdzie wypoczywała jej rodzicielka, dawno zanurzona w objęciach Morfeusza. Bezszelestnie zbliżyła się do śpiącej, po czym z kamienną twarzą szybko zatopiła rzeźbiony sztylet w szyi kobiety, plamiąc jej krwią śnieżnobiałą pościel. Z Wilmerem był nieco większy problem, gdyż mógłby narobić hałasu, nim by skonał dźgnięty ostrzem. Nastolatka wypracowała więc podstęp. Udawała niewinną, do czasu, gdy ojciec sam się zabił poprzez powieszenie, z żalu za swą żoną. Mimo nagłośnionej w królestwie tragedii dotyczącej szlacheckiej rodziny, ślubu nie odwołano. Lucimara dostrzegła jednak w nim pewną szansę i nie stawiała większego oporu, a za trzy dni była już żoną przystojnego władcy królestwa Fuego, króla Richarda. Dziewczyna wprowadziła się do pałacu, jednak nie zamierzała się dzielić władzą z kimkolwiek. Tuż przed nocą poślubną zamordowała więc księcia, po czym oskarżyła o to pałacową służkę, którą kazała za to ściąć. I tak oto rządzi do tej pory.
Opis osobowości: Silveria to niespotykanie dumna osoba, czego absolutnie nie należy mylić z honorem. Wiecznie uniesiona głowa, wyniosła postawa, oraz pogardliwy wzrok, którym Lucimara obdarza każdego, kto znajdzie się w zasięgu jej wzroku, świadczy o jej wysokim mniemaniu o sobie, oraz lekceważącym podejściu do innych. Jest bardzo trudna w obejściu. Bierze pod uwagę jedynie własne zdanie, które w każdej sprawie musi dominować nad opinią pozostałych, a kto się temu sprzeciwia - tego trzeba wyeliminować. Nie ma w zwyczaju okazywać łaski, ani się litować, aczkolwiek słuchanie błagań klęczącej przed nią osoby sprawia jej nie lada przyjemność i satysfakcję, co można wyczytać z malującego się na jej twarzy w takiej sytuacji subtelnego, triumfalnego uśmiechu. Bywa sarkastyczna, lecz dużo częściej jest po prostu zwyczajnie podła. Silveria jest zdradliwą żmiją, zagorzałą wyznawczynią zasady 'Po trupach do celu', a przy tym jest urodziwa i pełna gracji. Lucimara nie szuka i nie będzie szukać żadnych partnerów, a to z kilku powodów. Przede wszystkim żaden na nią nie zasługuje i nie jest jej godny. Po drugie nie zamierza się z nikim dzielić swoją władzą. No i wreszcie, nie istnieje coś takiego jak 'miłość'. Jest to jedynie wymysł ludzi zbyt słabych, by walczyć o swoje w pojedynkę. Jest tym typem władcy, który trzyma swój lud w ryzach dzięki strachowi. Nie szczędzi w swoim królestwie kar śmierci, oraz tortur, przez co zdobyła wszechobecny i bezwzględny posłuch wśród poddanych, którzy traktują ją z przeogromnym respektem i czcią. Jest niezwykle inteligentna i często to wykorzystuje. Potrafi wywęszyć każdy podstęp i niemal niemożliwym jest nabranie jej na jakąś sztuczkę. Charakteryzuje się także dużą pomysłowością i kreatywnością, zwłaszcza, jeśli chodzi o dążenie do swoich celów. Absolutnie nie wolno jej jednak mylić z typem księżniczkowej dziewczynki, która przejmuje się złamanym paznokciem - przeciwnie, potrzeba wiele zachodu, by Silveria się czymś poważnie przejęła.
Umiejętności, zainteresowania
Hobby: Walka na miecze.
Mocne strony: Władczyni Fuego przoduje przede wszystkim w walce wręcz. Szczyci się talentem zarówno jeśli chodzi o broń białą i siekaną, jak i walkę bez broni, nagimi rękoma. Potrafi czytać i pisać, mimo, że większość jej ludu nigdy nie posiadło tej umiejętności. Silveria to doskonała aktorka i manipulatorka. Świetnie ukrywa swoje emocje, zachowuje pokerową twarz i zimną krew w niemal każdej sytuacji, pomijając takich, w których coś sprawi jej wyjątkową satysfakcję. Wówczas na jej usta wkracza tryumfalny uśmiech. Jest również niezła, jeśli chodzi o uwodzenie płci przeciwnej, a zawdzięcza to przede wszystkim swą urodą, oraz wrodzoną gracją.
Słabe strony: Silveria kilka razy podejmowała próbę nauki posługiwania się łukiem, lecz to po prostu nie jej bajka. Jest jej dużo łatwiej podejść do przeciwnika i wbić mu ostrze ręcznie, niż wystrzelić strzałę z odpowiednią siłą, prędkością i do tego jeszcze celnie. Nie potrafi i nie chce umieć gotować, ani prać. Uważa to za poniżające zajęcia, przeznaczone dla służby i popychadeł.
Lubi: Bardzo lubi rozkazywać i wymierzać sprawiedliwość, a skazywanie kogoś i słuchanie jego błagań łechce jej ego i poprawia humor. Lubi kolor czerwony oraz czarny. Nie ma nic przeciwko podróżom morskim. Darzy sympatią smoki, fascynują ją. Bardzo odpowiadają jej gierki słowne, o ile oczywiście są one prowadzone z kimś, kto jest godzien jej uwagi - w innym wypadku odbiera to jako brak szacunku do niej i Lucimara pokazuje wtedy takiej osobie gdzie jest jej miejsce (najczęściej poprzez wyrok). Lubi alkohol, lecz zawsze zachowuje w nim umiar.
Nie lubi: Drażni ją najmniejsza próba zniewagi jej autorytetu, czy odnoszenie się do niej ze zbyt małym poważaniem i czcią. Nie znosi pływać, nurkować, być mokra i tym podobne (ogólnie nie lubi wody). Irytują ją wszelkie psowate stworzenia i zbyt intensywne zapachy. Nie akceptuje sytuacji kiedy ktoś jej się przeciwstawia i szybko się z takim delikwentem rozprawia (choć istnieją sytuacje, kiedy nie ma takiej możliwości, np. podczas odwiedzin w innym królestwie - wtedy najpewniej taką osobę zignoruje, lub w skrajnych przypadkach usiłuje pokazać śmiałkowi jego miejsce za pomocą własnego oręża czy pięści). Nie lubi jadać ryb, oraz niespecjalnie przypadają jej do gustu dania jarskie.
Umiejętności fizyczne: Jak już wspomniałam, Silveria jest obdarzona talentem do walki. Jest samowystarczalna i w sytuacji kiedy byłaby do tego zmuszona - potrafi przeżyć w trudnych warunkach, samotnie, czy w dziczy. Umie świetnie polować, aczkolwiek woli tak przyziemne zajęcia odstąpić służbie i sama na codzień tego nie robi. Posiada również umiejętność kucia i wytwarzania broni.
Umiejętności magiczne: Panuje nad żywiołem ognia. Jest w stanie wytworzyć ogień z niczego, nadawać mu kształt, czy kierunek, a także gasić go zaledwie gestem. Potrafi na życzenie stanąć w płomieniach (samozapłon), nie wyrządzając sobie żadnego uszczerbku na zdrowiu. Ogień nie jest w stanie jej strawić, czy nawet poparzyć. Pod wpływem silnych emocji (zwłaszcza gniewu), na końcówkach jej włosów czasem pojawiają się drobne płomyczki. Kiedy Lucimara używa swych mocy, kolor jej oczu gwałtownie zmienia się z błękitu, na ognistą pomarańcz.
Umiejętności intelektualne: Dziewczyna dobrze radzi sobie jako strateg wojenny, oraz manipulatorka. Dobrze kłamie. Nie nagina zasad, zazwyczaj je po prostu jawnie łamie. Potrafi swą postawą budzić grozę i respekt. Radzi sobie z czytaniem i pisaniem. Jest bardzo spostrzegawcza.
Inne zdjęcia: Brak
Autor: magdapotter7@gmail.com; GG: 42989597
SIŁA: ∞ SZYBKOŚĆ: ∞ ZWINNOŚĆ: ∞  CZUJNOŚĆ: ∞ WYTRZYMAŁOŚĆ: ∞

12 stycznia 2016

Od Neron'a - CD. Deanerys

Gwizdnąłem i zaraz przybiegł do mnie Vasco. Wsiadłem na niego, trzymając się mocno jego długiej, czarnej grzywy każąc jechać na przód. Koń gnał jak szalony, nie zważał na przeszkody. Miał doskonały węch, jest go dość trudno zmylić, od razu wiedział kto jest naszą ofiarą. Galopowaliśmy tak przez las, pola i łąki, aż w końcu zatrzymaliśmy się u podnóża gór dzielących królestwo Aqua od Fuego. Dobrze znałem te tereny, nie jeden raz tędy przechodziłem. Zszedłem z konia i przywiązałem go do drzewa. Zacząłem powoli przeczesywać malutki, iglasty lasek w poszukiwaniu kobiety. Nieoczekiwanie, Daenerys skoczyła na mnie z gałęzi, upadłem na ziemię pod jej ciężarem, a ta wbiła mi strzałę z środkiem nasennym. Nie wiem, ile trwałem w stanie hibernacji, gdy się obudziłem znajdowałem się na bagnach, związany linami, a na środku wysepki stało dogasające ognisko. Przeciąłem sznury sztyletem który wyciągnąłem spod bluzki. Gdy wstałem zacząłem rozglądać się dookoła siebie, nie poznawałem tego miejsca. Wszędzie w okół błoto, woda, drzewa, roślinność i pełno gadów i płazów.
- Niech cię szlak Deanerys! - wrzasnąłem wkurzony.
- Przecież chciałeś ze mną iść... - usłyszałem za sobą słodki głos kobiety.
- Wiedziałaś od początku, że cię śledzę? To co teraz planujesz ze mną zrobić, hę? - uniosłem brew do góry.
- Wykorzystać do obrony własnej... - przejechała dłonią po moim podbródku, z zalotnym uśmiechem na twarzy.
- A po cóż Ci taki słabeusz jak ja? Mówiłaś że sama dasz sobie znakomicie radę... - prychnąłem.
- Powiedzmy że masz przepustkę, której ja nie posiadam. Żołnierze Aqua mogli by się przyczepić do mnie. Po za tym to chyba umiał byś w razie ataku jakiegoś zwierza, trochę po wywijać mieczem, co? - mruknęła, z lekka pochylając się do przodu.
- No tak... - bąknąłem, patrząc uważnie na jej dekolt.
- Miałbyś mnie na oku, a dodatkowo w twoje ręce może dostała by się jakaś ciekawa nagroda? - stanęła na przeciwko mnie, muskając mnie ustami w policzek.
- Yyy... ten, to właściwie gdzie my teraz jesteśmy? - wyrwałem się z transu.
- Po drugiej stronie gór. Kilkanaście kilometrów stąd znajduje się pierwsze miasto. - odparła spokojnie.
Wiedziałem, że coś kombinuje, ale tym razem będę czujny. Nie pozwolę sobie na chwilę nierozwagi.
- Dobrze, a gdzie mój Vasco? - przejechałem dłonią po swoich kruczoczarnych włosach.
- Kazałam mu wracać do twojej stajni.,, oznajmiła,z założonymi rękoma.
- Kazałaś? Przecież on słucha się tylko mnie. - zmrużyłem jadowicie oczy.
- No widzisz, to teraz jest nas dwóch... - zaśmiała się pod nosem.
~ Przecież to nie możliwe. Musiała go czymś przytruć albo coś, pomyślałem, przypinając do pasa swój naostrzony miecz.

<Deanerys?>

5 stycznia 2016

Od Nerona - CD. Sygny

Gdy już miałem wyjść ze stajni, usłyszałem cichy głos dziewczyny. Miałem zamiar ją tam zostawić, ale uznałem, że byłoby to zbyt ryzykownym pomysłem z mojej strony, mimo pułapek założonych w owym pomieszczeniu. Wziąłem ją więc na ręce i wszedłem z nią do swojego domu. Położyłem na sofie, rozcinając sznury którymi była związana.
- Nareszcie... - zaczęła rozprostowywać zastane kości.
- Lepiej ciesz się takim stanem, bo za niedługo będziesz siedziała w czterech ścianach z kajdanami na rękach i nogach, a dookoła ciebie same kraty... - uśmiechnąłem się złośliwie, wchodząc do kuchni. Gdy ponownie wszedłem do salonu, dziewczyna leżała pod oknem, na podłodze całkowicie sparaliżowana. Po kilku chwilach efekt ustał, pomogłem jej wstać. Trzęsła się jak galareta, Ramzes znowu ustawił prąd pod za dużym napięciem. Oparła się o stół, mrużąc oczy.
- Co to było? - wydukała.
- Jedna z wielu pułapek, zabezpieczających dom. Zamierzałaś uciec? Oj, nie ładnie panno Cuttlefish... - uśmiechnąłem się złośliwie, podając jej miskę z owocami leśnymi.
- A to pewnie jest zatrute - burknęła
- Nie, skądże. Jestem tu od tego, by dotknęła cię sprawiedliwość karna, a nie od tego, by cię głodzić...  -ucałowałem delikatnie jej dłoń po czym zniknąłem w łazience. Po kwadransie, wyszedłem w samych bokserkach, wycierając jeszcze wilgotne włosy, pomarańczowym ręcznikiem.
- Gdzie mam spać? - usłyszałem zniecierpliwiony głos dziewczyny.
- Wiesz, mogę teraz robić z tobą co chcę, więc z chęcią z tego skorzystam... - moje oczy zabłyszczały, a na twarzy pojawił się łobuzerski uśmiech.
- Nawet o tym nie myśl! - warknęła.
- Nie masz wyjścia, złotko. A jak będziesz grzeczna i dobrze się sprawować to kto wie, może i zwrócę ci wolność... - szepnąłem jej do ucha, trzymając dłonie na jej pośladkach. Słyszałem tylko przyspieszający, ciepły oddech kobiety i szybsze bicie serca. Bała się mnie, właśnie o to mi chodziło.
- Nero, czy ty musisz dobierać się do każdej kobiety jaka trafi ci się w ręce? Może chociaż jej daj spokój. Widać, że już ją dość wymęczyłeś... - westchnął Ramzes, biorąc ze stołu kufel z piwem
- Nie wtrącaj się... - syknąłem i zmierzyłem go jadowitym spojrzeniem.
- Dobra, jak tam chcesz tylko nie hałasujcie głośno, bo chce się wyspać. - burknął znikając na schodach prowadzących na drugie piętro.
- Proszę, ja nie chcę... - pisnęła ze łzami w oczach, upadając na ziemię i przytulając się do moich nóg błagalnie. Patrzyłem tak na nią przez chwilę z mocnym zdziwieniem. Pierwszy raz spotykam się z taką sytuacją. Jednak, coś mnie wtedy tchnęło, kazało odpuścić. Miałem na nią wielką ochotę, była wyjątkowo piękna ale... ale nie potrafiłem, czułem w sobie ogromną niemoc. Uwolniłem się od jej uścisku, po czym usiadłem obok dziewczyny, unosząc delikatnie jej podbródek.
- Dobra, odpuszczę. Chodź ze mną. - odparłem łagodnie, podając jej dłoń. Dziewczyna niechętnie podała mi swoją, która trzęsła się jeszcze ze strachu. Weszliśmy do mojego pokoju. Zapaliłem niewielką świeczkę, by trochę oświetlić to ciemne pomieszczenia.
- Dziś łóżko jest twoje, prześpię się na podłodze... - odparłem, opierając się o ścianę i przykrywając cienkim kocem.
<Sygna?>

14 grudnia 2015

Od Draugeithela - CD. Alvara

Zjawa zimnego, spiętrzonego oceanu, wylewającego się na kamienisty brzeg ciągnęła się za mną, nie dając wypocząć. Kaprys boga Wielkich Wód sprawił, że choć na języku miałem słony, mdły smak, każdy wdech powietrza, które miało być wilgotne i świeże, napełniał moje płuca żarem. Tu nie było miejsca na orzeźwienie, jedynie na palący gorąc i duchotę, gdzie oddychanie przypominało wdychanie ciężkiego, czarnego dymu z ogniska. Gdzie podziemne źródła? Gdzie woda skapująca po skałach? Musiała wyparować. Takich dziwów nigdzie nie widywałem, nawet na pustyniach, gdzie w nocy, bez skóry wilczej czy też niedźwiedziej, z mrozu umrzeć. Tutaj nawet noce ukojenia nie przynosiły, jakby ziemia ciągle ogniem żywym płonęła, który wszelką wodę kradnie. Jak ludzie tu żyć mogli? Równie dobrze do gara mogli się wrzucić i jeszcze solą doprawić.
Z czterech głosów, tylko dwa do celi się przybliżyły. Trzy znajome: dwóch więźniów, jeden strażnik, co od kiedy tu jestem, manewruje między celami, przyglądając mi się nachalnie. Jego ciekawość była niezmiernie irytująca, gdy na zbyt długo w podziemiach się zatrzymywał, mrucząc coś w swym dziwnym, poplątanym języku. Obcy, czwarty głos, ani do innego strażnika, ani do więźnia nie należały — po tonie stwierdzić mogłem. Arogancki, rozkazujący strażnikowi. Czyżby vladdhar? To ciekawe. Gdy do mnie doszli, jaskrawe światło pochodni, niczym w południe pustynne słońce oślepiło mnie swym blaskiem. Oczy, do ciemności przywykłe, piekły, gdy ogień wdarł się do rozszerzonych źrenic. Nie wiem ile czasu minęło, nim zaczęły przede mną się kształty rysować. Niewyraźne, niewiele mówiące, ale z każdą chwilą malowało się coraz więcej szczegółów. Przede mną, za kratami, tuż koło strażnika, stał mężczyzna jak na te ziemię dziwny. Do młodych drzew podobny — wysoki, acz szczupły, jakby go za młodu nie karmili, ani topora do ręki nie dali. Większość mężów tu taka jest, takie patyki. Chude to i łatwe do złamania w pół. Ten miał w sobie coś niezwykle władczego, co kazało mi stwierdzić, że moje przypuszczenia słuszne były. Vladdhar. Nie był jednak taki, jakiego oczekiwałem. Nie rosły wyjątkowo, nie umięśniony. Jak tron wywalczył toporem? Mierzyliśmy się wzrokiem, żadne nie zamierzało odpuścić. Obcy rozmowy ze swym współplemiennikiem nie przerywał, który zszokowany się wydawał. Zgrzyt metalu. Wrota się otworzyły. Czyżby podstęp jaki? Vladdhar wszedł, pochodnia została. Czujne oko szybko mogłoby zauważyć, że coś się w nim zmieniło. Oczy. Demon? Czarcisko jakieś? Nie, zwodnicze czarty wszystkimi językami przemawiają, byle tylko ofiarę zbłądzić. Ten w mym języku przemówić najwyraźniej nie potrafił. Co gorsza, ja w jego też. Ich język wciąż pozostawał zagadką. Łatwiej syrenę głosem uwieść, wiłę na śmierć przetańczyć, niż mi słowo wypowiedzieć.
Milczałem więc, obserwując jedynie. Droga na wolność wydawała się taka prosta. Natrzeć na vladdhara, łeb ukręcić, drzwi wyważyć, na zewnątrz się dostać, strażników po drodze zabijając. Nie głupim jednak, kto wie, ilu schowanych w murach jest, ilu łuczników, a ilu wojowników. Byłoby to samobójstwo, niezwykle głupie w dodatku. Walczenie do ostatka nie oznaczało, że głupoty można aż takie popełniać. Lepiej poczekać na odpowiednią szansę, choćby najbliższa miała być za dwadzieścia lat.

<Alvarze? Obawiam się, że musimy znaleźć inny sposób na dogadanie się ;) Wybacz, że odpowiadam po takim czasie i tak krótko>

13 grudnia 2015

Zmiana władzy - Zmiana zasad

Mieszkańcy Królestwa Fuego'a!

Jak zapewne zdążyliście zauważyć, władza w królestwie się zmieniła. Brutalnie zmasakrowana przez demony księżniczka Meridaah Avenlope drugiego listopada została znaleziona w lasach na południu kraju. Pokój jej duszy. Wasza stolica, Miasto Ognia zostało najechane przez zakonników Syjonu (brak oficjalnych informacji na temat tej religijnej organizacji), z armią na czele Alvara Saldivara Smoczego i ognistego Heer'a, Smoczego Widma. Zamek został przejęty przez nową Radę powołaną przez Tymczasowego Naczelnika Królestwa, Alvara. Książę Axel, stawiający opór został wtrącony do lochów. Kraj przez dwa lata panowania księstwa Avenlope podupadł, potrzebna wam jest silna władza. Okażcie szacunek i skruchę. Nadchodzą nowe czasy.

«•»

"Miasto Ognia doznało obrażeń podczas ostatniego przewrotu, przez co wymaga solidnej naprawy. Jest to miejsce niezbędne do funkcjonowania państwa, do którego należycie, więc wasza pomoc będzie obowiązkiem, nie prośbą. Wszyscy mężczyźni w sile wieku są wyznaczeni do odnowy miasta i fortyfikacji, wojsko także, za wyjątkiem osób wyznaczonych do zarządzania budową. Podstawowe materiały zostaną opłacone przez królestwo.
Czasy te są ciężkie, a kraj w opłakanym stanie. Mam nadzieję, że zdołam wynieść je ponad wyżyny. Do tego jednak potrzebuję waszej współpracy i nie zamierzam kwestionować tego zdania, każda próba odmowy współpracy będzie karana w odpowiedni sposób przez instytucje do tego powołane. Tym samym daję nową szansę złodziejom i wszelkim przestępcom działającym na terenie królestwa. Jeśli złożycie swoje talenty i usługi pod komendę Fuego, wasze winy i występki zostaną wybaczone. Jeśli jednak się nie podporządkujecie władzy, czeka was sąd i  kara. Wymierzenie sprawiedliwości wszelkiego przestępstwa na gorącym uczynku na własną rękę od tego dnia jest dozwolone, a wszelkie skargi mają być zgłaszane do służb porządkowych.
Podejmuję jeszcze jedną ważną i aktualną sprawę. Królestwo Fuego'a, ze względu nierozważnego zarządzania ekonomicznego byłej władzy. Fuego NIE FINANSUJE ŚWIĄTECZNEGO TURNIEJU PIĘCIU KRÓLESTW, co jednak nie nakłada zakazu na uczestnictwo. Wy, jednak, którzy się na to zgłosiliście, nie reprezentujecie żadnego kraju, ani nie macie sponsora (jeśli takowego nie znaleźliście do tej pory). Jesteście tam jedynie w swoim imieniu i swojej chwały. Niech wam szczęście sprzyja."

Orędzie Alvara Saldivara Smoczego

«•»

Od Daenerys

"Quest - Uprowadzenie"

Klacz pędziła po bezkresnych polach królestwa Tierra'y. Musiałam udać się na jakąś wyprawę, choćby nawet krótką. Bo ile można siedzieć w królestwie pełnym lawy i ostrym, duszącym zapachem siarki wiszącym w powietrzu? Czarna jak noc klacz, pędziła przez wrzosowisko. Odgłos kopyt uderzających o ziemię, roznosił się po rozległej przestrzeni . W oddali majaczył las. Wysokie, potężne, stare dęby górowały ponad młodymi sosnami. Demonica przyśpieszyła. Wiatr rozwiewał me długie, czerwone włosy we wszystkie strony. Gdy wjechałyśmy w las, klacz momentalnie zwolniła. Zeskoczyłam z mej towarzyszki i złapałam jej uzdę w lewą dłoń. Oparłam się o jej lewy bok i rzekłam z entuzjazmem:
- No to co? Jesteśmy, mała!
Uśmiechnęłam się do klaczy i podrapałam ją za uchem. Mimo zimy w lesie nie spadło jeszcze zbyt wiele śniegu. Niektóre drzewa były delikatnie oprószone śniegiem. Rozglądając się po lesie poczułam się dość dziwnie. Mimo tego, iż oprócz mnie i Demonici nie było tutaj nikogo, czułam na sobie czyjś wzrok. Podeszłam szybkim krokiem do klaczy. Z małej torby przy jej siodle wyjęłam sztylet. Srebrna rękojeść, ozdobiona gdzieniegdzie czerwonymi diamentami, zalśniła spotykając się ze światłem dziennym. Z torby wyjęłam także pas i długą do kostek czarną pelerynę z wilczego futra. Wsiadłam na grzbiet klaczy i gwizdnęłam. Koń ruszył szybko, waląc kopytami o zmrożoną ziemię. Mroźny wiatr wiał coraz mocniej, a małe śnieżynki zaczęły spadać z nieba utrudniając mi tym samym wędrówkę. Westchnęłam tylko, gdy klacz nagle stanęła i szybko poruszyła uszami. Stała kilka sekund w ciszy, nasłuchując... Po jakimś czasie, ja też usłyszałam w oddali jakieś dźwięki, ni to kroki, ni to odgłosy biegnących zwierząt. Nie... na pewno nie były wydawane przez zwierzęta. Wsłuchałam się w las, by po chwili usłyszeć... czyjąś rozmowę.
Rozmowę? Jacy ludzie wychodzą sobie na pogaduszki do zimnego lasu? Bardzo dziwne. Postanowiłam schować się w młodniku, rosnącym niedaleko ścieżki. Doskonale było z niego widać wąską dróżkę prowadzącą do królestwa Fuego'a. Po kilku minutach ujrzałam kilku mężczyzn. Na moje oko byli o koło 30-40 lat. Na ich twarzach dało się zauważyć wiele blizn i ran. Nie wyglądali na przykładowych obywateli Tierrary. Chcąc nie chcąc usłyszałam o czym mówili.
- Słyszałeś, że w Fuego mają nowego króla?
- Taa? Nic o tym nie wiedziałem. Gadaj co wiesz!
- Nie wrzeszcz tak idioto! Sam nie wiem, czy tutaj nikogo ni ma.
- Tutaj? Ha ha ha ha! Te ciepłolubne małpy nie opuszczają Fuego, tym bardziej w zimie.
- No żem tylko se tak myślał, nie wim co tu może być.
- Powiesz mi żesz w końcu, co żeś zaczął gadać o tym królu?
- A taaaa! Już żem zaczynam, daj mnie chwile, a niech se przypomnę. Oooo już! Ta mała, ruda umarła, a jej braciszek to mało nie zszedł jak się dowiedział. No to musieli kogoś innego se znaleźć. Rodzice nie żyli, krewnych ni ma. Jakiś ważniak z zakonu Syjona się znalazł, to go se na króla wzięli.
Słuchałam dalej, z coraz większą irytacją i złością. Nie byli może zbyt inteligentni, ale byli krzepcy i wysocy. Szerokie barki i umięśnione ręce mogły przerazić nie jednego strażnika broniącego zamku. Wytężyłam słuch i pełna obaw, dalej słuchałam ich opowieści.
- A gdyby tak, skrócić go o głowę?
- Oj śmieszny jesteś! Ha ha ha!
-  Ja żem nie żartuję!
- Samego króla Fuego'a?
- No, o tym żem myślał.
- A no co ci to? Reszte życia chcesz w więzieniu siedzieć ? Albo co gorsza, żeby to nas o głowę skrócili?
- Nie rozumiesz!
- To mów żesz do cholery, o co ci chodzi!
- No wiesz rachu-ciachu i byśmy z chłopakami go porwali, a potem to grubą kasę za okup by można było zagarnąć! No mów, co ty na to!
Drugi mężczyzna stał w ciszy, lecz po chwili odpowiedział.
- Oo! Dobry plan, kasa by się przydała, tak żem se myślał.
Moje serce zabiło szybciej. Byli kompletnymi, wiejskimi idiotami, lecz co mogliby zrobić w większej grupie? Król zazwyczaj udawał się na treningi do Starego Pałacu... Całkiem sam. Mimo jego umiejętności, nie poradziłby sobie z bandą wielkich osiłków. Musiałam jakoś zareagować. Ze strachem w oczach zaczęłam się cofać. Jednak nagle, nadepnęłam na jedną z gałązek leżącą na ziemi. Ta, łamiąc się, wydała głuchy trzask, gdy spojrzałam się w stronę rabusiów, ci z krzykiem na ustach biegli w moją stronę. Sparaliżowana, stałam w bez ruchu. Jeden z nich przygwoździł mnie do drzewa i przyłożył sztylet do szyi. Drugi zaś, spojrzał na mnie łakomym wzrokiem i oblizując wargi powiedział.
- Co, tu w lesie, robi taka piękna panienka? Lepsze miejsce by było dla ciebie w moim łóżku piękna, co ty na to?
Nie bałam się go, spojrzałam tylko na niego z pogardą i obrzydzeniem i splunęłam mu w twarz. Mężczyzna aż poczerwieniał ze złości. Uderzył mnie w twarz, co spowodowało lekkie przecięcie na szyi na miejscu sztyletu. Uśmiechnął się i rzekł.
- Jak będziesz tak walczyć, malutka, to źle skończysz! No dawaj posmakować sowich usteczek!
Próbując się wyrwać z uścisku, ugryzłam mężczyznę w rękę, ten jednak przycisnął sztylet mocniej i zasyczał z bólu. Byłam silna, ale moja siła była niczym w porównaniu z jego siłą. Szarpiąc się i miotając na boki, nie mogłam zrobić zbyt wiele. Mężczyzna podszedł bliżej i pogładził mnie po włosach.
- Nigdy nie miałem czerwonowłosej. Podobno są cholernie dobre. Ja bym się chętnie przekonał.
Przysunął się bliżej mnie, złapał za lewą pierś i zaczął ściągać ubranie. To był ten moment, mężczyzna był wystarczająco blisko, abym mogła użyć na nim mej magii. Kilka sekund później, mężczyzna leżał już na ziemi i krzyczał z bólu. Zdezorientowany, zarazem przerażony mężczyzna puścił mnie i zaczął się cofać. Podeszłam do mego płaszcza, leżącego na ziemi. Z kieszeni wyjęłam srebrny sztylet i podbiegłam do przestraszonego mężczyzny. Spojrzał na mnie i wyszeptał na jednym wdechu:
- Coś ty z nim zrobiła, diablico...?
Spojrzałam na poparzone ciało leżące na śniegu. Jego skóra była czerwona i pełna pęcherzy. Z ust ciekła wąska stróżka krwi. Usta były otwarte, a z nich wydobywał się niemy krzyk. Oderwałam wzrok od mężczyzny i rzekłam z satysfakcją w głosie.
- Taka kara spotyka mężczyzn, którzy nie szanują kobiet.
Podeszłam do sparaliżowanego mężczyzny i podcinając jego gardło powiedziałam.
- A taka spotyka ludzi, szykujących zamach na króla.
Dusząc się i dławiąc krwią, mężczyzna osunął się na ziemie. Spojrzałam z odrazą na jego zwłoki. I tak by umarł - pomyślałam. To chyba bez różnicy, czy z ręki kata czy z mojej? Skrzywiłam usta i skierowałam swe kroki w stronę klaczy. Wsiadłam na jej grzbiet i odjechałam.

***

Czarne włosie klaczy lśniło w świetle księżyca. Pędziła w kierunku zamku. Nieliczni wychodzili poza swoje domy po zmroku. Dlatego też, ulice były puste, co bardzo ułatwiło mi drogę. Po kilku minutach, byłam już na miejscu . Straże na mój widok zdziwili się, mimo tego nie zatrzymali mnie, lecz z zaciekawieniem w głosie spytali:
- Witaj pani. Gdzież to zmierzasz, o tak późnej porze?
- Muszę odnaleźć króla, szykowano na niego zasadzkę, udało mi się powstrzymać niedoszłych morderców!
- Szybko biegnij po oficera Jones! Niech jadą do...
- Do lasu na obrzeżach królestwa Tierra'y, przy wschodniej ścieżce leżą ciała dwóch mężczyzn.
Strażnik spojrzał na mnie, zdziwienie malowało się w jego głębokich oczach. Po chwili biegł już w kierunku siedziby oficera...

***

Siedziałam na miękkiej sofie w jednej z królewskich komnat. Niedaleko mnie stał król, patrzał przez okno, gdy nagle do komnaty wbiegł młody posłaniec. Pokłonił się głęboko przed królem i lekko dysząc powiedział:
- Martwi mężczyźni okazali się jednymi w najniebezpieczniejszych morderców w całej Amazji. W ciągu kilku lat zabili setki ludzi, gwałcili i plądrowali! Okradali świątynie, napadali bogatych i biednych!
Król spojrzał na mnie i po chwili milczenia rzekł.
- No cóż, tak więc należy ci się za to jakaś nagroda. Czego sobie życzysz pani?
- Wiem, iż nie powinnam prosić o tak ważną posadę, lecz od dawna marzyłam o zostaniu ustawodawczynią...
- Tak więc dobrze. Za ogromne zasługi dla całej Amazji mianuję cię ustawodawczynią!
Słysząc te słowa niemal zemdlałam z radości...


(quest niezaliczony z powodu zbyt małej ilości słów)

Od Nerona - CD. Sygny

Przeciągnąłem się na łóżku, otwierając leniwie oczy. Chciałem już wstać kiedy nagle uświadomiłem sobie że dwie kobiety wtulają się w moje nagie ciało, obezwładniając mnie z obydwóch stron. Powoli wyrwałem się z ich objęć, przebudzając je. Odsłoniłem kotary okna, by wpuścić tu trochę więcej światła, po czym usiadłem na rogu łóżka, ubierając na siebie zbroję.
- Gdzie pan boski Neron się znowu wybiera? - ruda kobieta, uwiesiła się mojej szyi, opierając swoje piersi o moje plecy. Pocałowała mnie delikatnie w policzek z szerokim, ciepłym uśmiechem na twarzy.
- Wrócę tu wieczorem, nie martw się, Delio... - wymruczałem jej do uszka po czym wstałem, przypinając do pasa swój ulubiony miecz. Pożegnałem obydwie kurtyzany po czym wyszedłem z burdelu na ulicę. Słońce mocno świeciło, lecz mimo to przez ten cholerny wiatr było strasznie zimno. Na rynku jak zawsze w południe krzątał się tutaj spory tłum ludzi, zmierzali na targ. Ja spokojnie ruszyłem przed siebie, w znakomitym humorze. Skręciłem w prawą alejkę i wsiadłem na swojego rumaka, który czekał na mnie jak zawsze obok pozbawionego liści, łysego buku. Pognałem skrótem, przez las. Gdy dotarłem pod mój dom, odstawiłem konia do stajni. Następnie udałem się w kierunku drzwi wejściowych do mojego mieszkania. Stanąłem jak wryty, gdy zobaczyłem na nich kartkę z podobizną dziewczyny, którą wczoraj spotkałem. Okazało się, że to Sygna Cuttlefish, złodziejka z królestwa Aqua. Nagroda za jej wydanie była całkiem solidna, tak więc nie mogłem przepuścić takiej okazji. Wsiadłem ponownie na Vasco, po czym zacząłem pogoń za blond pięknością. Po kilkugodzinnych poszukiwaniach, udało mi się natknąć na jej trop. Przechodzeń widział ją przypadkowo, gdy kilka minut temu udała się na północ, w stronę leśnego źródełka. Pognałem więc tam na swoim ognistym rumaku, czując smak zwycięstwa i przepełniającą mnie ogromną pewność siebie i dumę. Spowolniłem konia i zacząłem wypatrywać jej z wysokości. Gdy wyszliśmy na piaszczysty brzeg, z wysokich, żółtawych traw wyłoniła się postać owej kobiety.
- Podwieźć się? - uśmiechnąłem się, puszczając do niej oczko.
- A to ty... śledziłeś mnie czy co? - burknęła oburzona.
- Nie, skądże. Ruszam akurat do królestwa Aqua z ważną wiadomością dla króla. Chciałem się tylko zatrzymać by napoić konia... - wyszczerzyłem się, schodząc z Vasco. Stanąłem obok niej, a ta odruchowo zrobiła krok w tył.
- Skąd wiesz że ja... - zaczęła, ale nie dokończyła gdyż jednym, szybkim ruchem powaliłem ją na ziemię i związałem ręce i nogi mocnym sznurem.
- Co ty wyprawiasz? - wrzasnęła.
Wziąłem ją na ręce, patrząc triumfalnie na jej poirytowaną, a zarazem przerażoną buźkę. Dwa tysiące monet już jest moje.
- Wrogowie państwa mają swoje miejsce w więzieniu, czyż nie tak?
zaśmiałem się demonicznie
- Jesteś tym nowym, piechurem w Fuego! - warknęła.
- Skąd o tym wiesz? Przecież nie wspominałem ci o tym. Gdy ino dostałaś w swoje parszywe rączki sakiewkę złota, opuściłaś bezczelnie moje towarzystwo, znikając Bóg wie gdzie... - westchnąłem.
Kobieta wystawiła mi tylko język po czym obróciła głowę w przeciwnym do mnie kierunku. Zgrywała twardzielkę mimo, że była w potrzasku.
- Wiesz, królestwo Fuego słynie ze wspaniałych warunków więziennych. Tortury i bijatyki, gwałty są tam na porządku dziennymi. W dodatku jedzenie jest tam wyjątkowo ohydne, resztki z królewskich obiadów, a do picia masz deszczówkę. Gdy jesteś chory lub ranny nikt nie zwraca na ciebie uwagi, nie dostaniesz żadnej pomocy, leków ni ciepłego koca, którym mogła byś się okryć w zimowe dni. Prędzej tam zemrzesz niż doczekasz wolności...
- Fajna bajeczka. Już przestałeś mnie straszyć? - przewróciła oczami.
- Nie wierzysz? Sam jako młody gówniarz byłem w tym okropnym miejscu, masz tu żywy dowód... - przechyliłem głowę na bok, a na mojej szyi ujrzała głęboką bliznę, od cięcia nożem przez jednego z więźniów.
- Pfff, takich blizn to mam multum od walk na zlecenia - mruknęła kąśliwie.
- Hm, wiesz może jeszcze się z tobą krótko zabawię przed wydaniem cię przed obliczę jaśnie sprawiedliwego sądu, hę? - moje oczy zabłyszczały.
- Przecież ty taki nie jesteś! Żartujesz, prawda? - jęknęła błagalnie.
- Niby co ty możesz o mnie wiedzieć, blondyno? Zamknij się lepiej, bo pogorszysz swoją sytuację... - prychnąłem oschle.
Byłem nieco zdziwiony jej słowami, ale zaraz, zaraz przecież ona próbuje wzbudzić we mnie litość. Nie udobrucha mnie, nie ma takiej opcji choćby nie wiem co zaproponowała. Rozkaz króla jest święty, a ja zawsze jestem mu całkowicie wierny, bez względu na okoliczności.

<Sygna?>

10 grudnia 2015

Od Daenerys - CD. Alvara

Cóż można czuć stojąc w nicości? Strach, być może przerażenie. Jednak mnie coś do niej przyciągało, jakby wszechobecna czerń była namiętnym kochaniem, chciałam rzucić się w jej objęcia. Jednak, gdy postawiłam krok do przodu, niewyraźne, rozmyte obrazy zaczęły pojawiać się przed moimi oczami. Z czerni wyłoniły się kontury budowli. Monumentalny zamek majaczył w oddali. Czerwień cegły oślepiała, unoszące się wszędzie kłęby dymu i ogień. Postąpiłam o krok dalej, ziemia była miękka, a trawa na niej nie była wypalona. Ruszyłam w stronę okazałej budowli. Mijający mnie ludzie nie zwracali na mnie uwagi, omijali, nie patrząc nawet w moją stronę. Gdy od zamku dzieliło mnie zaledwie kilka kroków, usłyszałam szepty. Z początku ciche, później przeradzające się w krzyki. Setki głosów. Ciche błagały o wybaczenie, głośne były niezrozumiałe, krzyki pełne bólu, można by rzec- agonalne. Rozglądając się we wszystkie strony, nie mogłam odnaleźć źródła dźwięków. Z każdym krokiem stawały się coraz głośniejsze. Kiedy brama zamku była na wyciągniecie ręki, krzyki przepełniały całe moje ciało, rozsadzały głowę. Nagle ucichły tak szybko, jak się zaczęły. Ludzie migali mi szybko przed oczami. Po chwili świat zatrzymał się. Ludzie stali w bezruchu. Przyglądając się ich twarzom, nie poczułam dotyku dłoni na mym lewym boku. Odwracając głowę, ujrzałam kobietę, jako jedyna nie była zastygła. Uśmiechała się szeroko, patrząc nań pięknymi, zielonymi oczyma. Czerwone loki opadały kaskadami na plecy, sięgającymi do pasa. Ubrana w krwistoczerwoną suknie, stała pośród innych ludzi. Wyciągnęła rękę szepcząc "Chodź ze mną". Bez chwili zastanowienia podążyłam za piękną kobietą, tak podobną do mnie.
- Spójrz dziecko, spójrz na tych ludzi. Co widzisz w ich oczach?
- Nic, spieszą się do domów, na spotkania...
- Błędne twe wnioski. Dla nich czas się zatrzymał. Żyją tylko dlatego, że ty tu jesteś, ich ciała dawno zamieniły się w proch, dusze dawno odeszły do dalekich krain. Są przeszłością, cieniami życia, tym co było i już nigdy nie powróci, Deanerys. Ich życia skończyły się już ponad tysiąc lat temu, ale są rzeczy potężniejsze od śmierci...
- Co chcesz przez to powiedzieć? Kim jesteś? Gdzie ja jestem?
- Nie potrzebujesz tych informacji, wiedza jest ulotna. Ludzie nie pamiętają początków swego życia, nie pamiętają także końców. Śmierć jest tylko częścią życia, a życie tylko małym kroczkiem do wieczności - Kobieta schowała twarz w dłoniach, westchnęła po czym rzekła - Magia która cię tu zesłała jest zgubna, cielesna i chwilowa. Gdy czarownik, który ją posiadł umierał, ta odchodziła w niepamięć wraz z jego ciałem, a duszę pozostawiała wiecznym cierpieniom... Pozostają na wieczność w męce, jak te dusze które słyszałaś, szepczące lub krzyczące. Kim jestem? Gdzie jesteś? Byłam królową, potężną i szanowaną. Kraj w mych rękach się rozrastał, ludzie nie byli nędzarzami. Jednak zawsze znajduje się ktoś nieprawy - Kobieta odsunęła suknię z lewej piersi, ukazując ogromną ranę - Ktoś musiał umrzeć, taka jest kolej rzeczy, słodkie dziecko. Tron objęli niegodziwcy skazujący lud Fuego na śmierć i cierpienie. Wojna niszczyła potęgę naszego królestwa. Mój ród odsunął się w cień, córki i synowie wykarmieni moją piersią, dorastali, wydając na świat nowe pokolenia. A...Ty jesteś mną moje dziecko.
Próbowałam coś powiedzieć, cokolwiek. Zaprzeczyć, spytać się... Gdy otworzyłam usta, kobieta uciszyła mnie gestem dłoni. Spojrzała na mnie, z jej szmaragdowych oczy biła miłość i troska niemalże matczyna. Nerwowo rozglądałam się po dziedzińcu , szarpiąc koniec długiego rękawa sukni. Mimo mojego zachowania, kobieta była spokojna, uśmiechnęła się i rzekła.
- Wiem dziecko, nic nie rozumiesz. Jesteś jedną z Pierwszego Rodu, twoim przeznaczeniem było znaleźć się tutaj. Spójrz na swe oczy, tak podobne do moich, na włosy koloru krwi. Dostrzegasz podobieństwo? Król twój jest człowiekiem dobrym, ale opanowanym w młodości przez nieprawych ludzi, nie powinien był dostać się w ręce zakonu...
Moja głowa przepełniona milionami myśli. Co ja tutaj robię i dlaczego akurat ja? Mimo tego, że kobieta wytłumaczyła mi wszystko, mój umysł wciąż potrzebował informacji. Każda moja myśl znajdowała odpowiedź w jej kolejnym zdaniu. Znała moje myśli? Nie byłam pewna czy śnię, czy to gorączka przejęła panowanie nad moim umysłem.
- Nie dziecko, moje słodkie dziecko... Nie poznasz odpowiedzi na to pytanie, wiedza jest ulotna, pamiętaj, a magia Alvara jest zgubna. Ale możesz mieć pewność, iż nie jestem jej wytworem. Chcesz wiedzieć co to za miejsce? To Stary Pałac. W teraźniejszości zniszczony i zapomniany. Wiem czego nakazał szukać ci Alvar. Jednak w bibliotece znajdziesz tylko połowę prawdy, dalsza cześć odpowiedzi znajduje się w głębi twego serca, w twoich wspomnieniach, duszy... Wiem dziecko, co o tym myślisz, jednak jest to prostsze niż myślisz. Zaufaj swojej mocy...
- "Zakazana Biblioteka Tysiąclecia. Znajdziesz ją tam, gdzie niebo styka się z ziemią, gdzie niewidzące są oczy, niesłyszące uszy i niemówiące usta. Jabłko i jabłoń. Nóż i dłoń. Ty i przeznaczenie, które nie istnieje." Co oznaczają te słowa? Gdzie mam się udać i co zrobić?
- Zaufaj swojej mocy, ona nigdy cię nie zgubi, czy lawa to ogień?
Moja źrenica od razu się powiększyła. Kobieta ujrzała tą zmianę i uśmiechnęła się szeroko.
- Deanerys, jesteś mądra i bystra moje dziecko. Słodkie dziecko...
- Dziękuję ci.
- Nie masz za co kochanie, to twoja zasługa.
- Ale co oznaczają słowa "jabłko i jabłoń"? Cała reszta układa się w logiczną całość lecz, pani, co mogą oznaczać te słowa? - Spojrzałam na kobietę pełna nadziei, byłam pewna, iż zna odpowiedź na moje pytanie. - Niesły...
- Musisz sama znaleźć odpowiedź na to pytanie, żegnaj...
Moja rozmówczyni podeszła do mnie i całując w czoło jak matka, wyszeptała "Dasz radę". Kobieta odwróciła się i odeszła. Ludzie, którzy jeszcze sekundę temu stali w bezruchu, nagle ożyli i gwar, śmiechy i płacze wypełniły ulicę. Co zrobić teraz? Jak wydostać się z tej pętli czasu? Wrócić do teraźniejszości? Westchnęłam. To było dla mnie zagadką, do czasu...
Gdy ruszyłam do przodu świat zawirował, kolory stały się niewyraźne, rozmazane. Ludzie znikali i pojawiali się, aż zapanowała pustka, z której wyrwał mnie wołający głos: Deanerys! Moje dziecko!
Leżałam na sofie, okryta lekkim kocem. Mój wuj stał nade mną ze łzami w oczach. Zdziwiłam się. Czy to był tylko sen? Czy to halucynacje wywołane gorączką? Nie, rąbek mojej sukni był podarty i brudny, delikatne sandały brudne od miękkiej, świeżej ziemi. Na rękawie sukni widniały małe dziurki. Spojrzałam na mojego wuja. Poczciwy staruszek stał nade mną, wpatrując się w me szmaragdowe oczy swymi starymi niebieskim oczami. Zazwyczaj biła z nich mądrość, stateczność, teraz jednak, można było w nich ujrzeć smutek i troskę. Nieco zdezorientowana uśmiechnęłam się lekko. Na stole stało kilka zapalonych świec, za oknami panowała ciemność. Pod moją głową znajdowała się sterta poduszek. Próbując wstać, niemalże nie spadłam z mojego posłania. Zakręciło mi się w głowie. Podparłam się rękami o łóżko. Po chwili stałam już prosto na czarnym marmurze. Z kuchni wyszła służba. Jedna ze służących - Maya, szybko podbiegła do mnie i chwyciła za rękę, chroniąc przed upadkiem. Wyrwałam się z jej objęć i powiedziałam.
- Dziękuję Mayo, twoja pomoc nie jest mi potrzebna. Wszystko dobrze.
Młoda dziewczyna spojrzała na mnie z niepewnością. Kładąc ręce na talię westchnęła tylko i wymamrotała coś pod nosem. Nie zwracając uwagi na jej marudzenia ruszyłam szybko w stronę schodów. Kładąc rękę na złotej poręczy, usłyszałam za sobą głos moje wuja. Obejrzałam się za siebie, aby ujrzeć go idącego szybko w moją stronę. Nie zwracając jednak na niego uwagi, szybko wspięłam się po schodach. Minęłam kilka pokoi i wpadłam do swej sypialni. Dobiegłam do szafy. Wyciągnęłam z niej czerwoną suknie i czarną pelerynę. Szybko przebrałam się i prawie biegiem znalazłam się przy drzwiach domu.

***

Demonica rżała i wierzgała, gdy obudziłam ją i wyprowadziłam ze stajni wybudowanej niedaleko mojego domu. Czarne włosie klaczy lśniło w świetle księżyca. Gdy tylko wsiadłam na jej grzbiet, ta popędziła w kierunku zamku. Nieliczni wychodzi poza swoje domy po zmroku. Dlatego też ulice były puste, co bardzo ułatwiło mi drogę. Po kilku minutach, byłam już w zamku. Straże na mój widok zdziwili się, mimo tego nie zatrzymali mnie, lecz z zaciekawieniem w głosie spytali:
- Witaj pani. Gdzież to zmierzasz, o tak późnej porze?
- Do mej komnaty, muszę zabrać kilka ksiąg - Jak łatwo było im skłamać, wmówić byle co, aby tylko nie być uważanym za podejrzanego. - Wybacz, iż przeszkadzam, ale nie wiesz gdzie może znajdować się król?
- Jak mniemam z swej komnacie, piękna pani.
Uśmiechnęłam się delikatnie i przytaknęłam. Znałam układ sal zamkowych idealnie, żaden korytarz nie był dla mnie zagadką, żadne drzwi nie stawiały przed pytaniem "Do jakiego pomieszczenia zaraz wejdę?". Komnata króla znajdowała się na końcu korytarza, na trzecim piętrze. Otaczała mnie cisza, korytarz wypełniony był przez dźwięk moich obcasów uderzających o czarny marmur. Gdy dotarłam do celu, bez żadnych ceregieli otworzyłam drzwi komnaty. Król stał na jej środku wpatrując się w ogień palący się w kominku. Gdy mnie usłyszał, odwrócił się szybko i omiótł mnie wzrokiem. Szybkim krokiem podeszłam do niego i rzekłam.
- Żądam wyjaśnień, nie jestem jedną z wielu zamkowych panienek. Nie zamierzam dłużej udawać grzecznej panny z dobrego domu, wyuczonej wszystkich formułek na pamięć.
Oczywiście wiedziałam, jakie mogą być konsekwencje tak odważnego czynu. Nie interesowało mnie już to. Pozbawiona jakichkolwiek emocji. Nie bałam się, byłam zbyt pewna siebie. On nie był w stanie mnie przestraszyć. Patrząc prosto w oczy króla, oczekiwałam odpowiedzi na moje pytanie.

Alvar? <Mam świadomość iż nie chodziło o to ale muszę dowiedzieć się czegoś więcej o moim zadaniu>
Szablon wykonany przez Tyler
Strona główna Starsze posty