F

Na koniec... raczej na początek

Każdy z nas jest pi­sarzem i na­pisze tyl­ko jed­na idealną książkę. Co dzień tworzy no­wy roz­dział. Bo­hater przeżywa wiele przygód, spo­tyka set­ki osób. Ak­cja toczy się od poczęcia po samą śmierć. Ty decydujesz co dzieje się w trakcie.
Pięć Królestw to grupowy blog opowiadający historie pięciu narodów żyjących na pięknych terenach kontynentu Amazji. Dołączając wcielasz się w średniowiecznego mieszkańca tego tajemniczego świata. Przygoda czeka na każdym kroku.
Aby dołączyć musisz:
1) przeczytać regulamin
2) wysłać formularz
3) wysłać pierwsze opowiadanie
4) wstawić baner 5K w dowolnym miejscu
Więcej w zakładce Formularz.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Królestwo Aqua'y. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Królestwo Aqua'y. Pokaż wszystkie posty

18 września 2016

Anthony Darenfeld

Dane personalne
Imię i Nazwisko: Anthony Darenfeld
Pseudonim: Anth
Data urodzenia: 5 maja
Wiek: 18 lat
Stanowisko: Błazen, zabawiający wszelakich nadwornych.
Płeć: Mężczyzna
Królestwo: Aqua'y
Aparycja
Kolor oczu: Bursztynowe
Kolor włosów: Brązowy
Wzrost: 179 cm
Znaki szczególne: Posiada kolczyki w uszach, a także często zostawia na twarzy rozmazany makijaż klauna
Opis fizyczny: Chłopak nosi zawsze idealnie ułożone włosy, w które często wplata kwiaty, bądź w doskonałym ładzie wpina gałązki wybranych - ładnie pachnących drzew. Posiada delikatne rysy twarzy, a także zgrabną sylwetkę, nieumięśnioną, a raczej mówiąc kolokwialnie; normalną. Należy do osób szczupłych, natomiast jego bursztynowe oczy potrafią zgłębić drugiego człowieka w krótkim czasie. Delikatne malinowe usta i lekko zaczerwieniony nos. Wyróżnia się dość jasną karnacją i nieco spiczastymi uszami. Jego dłonie często drżą, co spowodowane jest brakiem kilku witamin. Często ubiera się w ciemnozielone koszule, bądź bluzki, a także zakłada tanie pierścienie na palce. Posiada jedyny ważny dla siebie amulet, mianowicie króliczą łapkę, którą nosi zazwyczaj w lewej kieszeni.
Informacje fabularne
Rodzina: X
Środek transportu: Niedźwiedź 
Cel: Życie przepełnione śmiechem i uśmiechami ludzi.
Historia: Przez większość swego dość jeszcze krótkiego życia, funkcjonował dzięki cyrkowi objazdowemu. To w nim nauczono go radości z życia oraz gry na wielu instrumentach. Początkowo występował jako pomocnik magika, gdy miał zaledwie siedem lat. Jego awansem była kolejno rola klauna, ale gdy odkryto w nim nadnaturalne moce, za zgodą chłopca przeniesiono go do sekcji Domu Osobliwości, przez co zamieszkał w wozie na kołach z dziewczynką, która na swych łydkach i rękach posiadała łuski, przez co nazywano ją Matką Węży. Bardzo umiłował sobie również tresera zwierząt, miłego, szczupłego mężczyznę, który zawsze nosił na głowie słomiany kapelusz, a część jego twarzy przysłaniały kręcone włosy, krótka broda i zakręcone wąsy, które bardzo pielęgnował i lubił. Wraz z nimi podróżował też lalkarz, bliźniaczki spacerujące po linie, połykacz mieczy, magik ze swą asystentką, żongler ognia oraz niewielka trupa tancerzy. Cyrk przewoził niedźwiedzia, konie, a nawet starego lwa, który traktowany był z największą miłością. Niegdyś przyjazny treser o zakręconych wąsach pokazywał najprzeróżniejsze akrobacje owego lwa, niestety lata mijały, przez co później jedynie jął wychodzić z nim i pokazywać kilka psich sztuczek. Każdy zasługuje na odpoczynek. Tym bardziej jeśli się na niego zasłuży. Kiedy chłopak miał blisko dwunastu lat, cyrk nabył niedźwiedzia, który jak się okazało, był brzemienny, przez co mieszkańców cyrku nieco przybyło. Maleństwami opiekował się od początku każdy, a te stopniowo oswajały się z ludźmi i miejscem. Czas płynął, a Anthony dorastał, cyrkowcy starzeli się, przez co niektórzy nie mogli wykonywać swoich zawodów. Również z biegiem lat, znaleźli się przeciwnicy cyrków, którzy którejś nocy podpalili obóz, część zwierząt udało się uratować. W pożarze spłonął niemalże cały dobytek trupy. Zginęło kilku tancerzy i asystentka magika.Niestety przeciwnicy na płomieniach nie spoczęli, magik, czyli założyciel cyrku kazał uciekać Anthonyemu wraz z wężową dziewczynką i bliźniaczkami, bowiem byli najmłodsi. Mieli zostawić wszystko i ratować siebie. Każde z nich zabrało ze sobą jedno zwierzę. W przypadku jasnowłosych bliźniaczek były to siwe konie, które spłoszone, próbowały wydostać się z zagrody.  Matka Węży pochwyciła kasztanowatą klaczkę, natomiast chłopak dostrzegł jednego z niedźwiedzi, który z czasem wytresowany i oswojony, nie raz dawał się dosiąść nastolatkowi. Bez zastanowienia podbiegłszy do niego, szepnął, iż muszą pożegnać dawne życie, a potem chwyciwszy jego sierść ruszył przed siebie, za dziewczynami. Nie chciał ich zgubić, nikt nie chciał się rozdzielić. Kiedy uznali, że w danym miejscu nic im nie grozi, zatrzymali się skryci za drzewami. Rzucili smutne spojrzenia w stronę płonącego obozowiska. Nikt nie potrafił powstrzymać łez, nawet on, zawsze wesoły błazen, dał upust emocjom. 
Opis osobowości: Niektórym może się zdawać, iż wieczny uśmiech na twarzy Anthonyego to po prostu efekt niezrównoważenia. To nie do końca prawda, bowiem chłopak najzwyczajniej w świecie należy do grona optymistów. Zawsze wierzy, że wyjdzie się z każdej sytuacji i wcale nie będą to najbardziej obskurne drzwi. Nie przeszkadza mu ból i cierpienie cielesne, być może miewa skłonności masochistyczne. Może gdzieś w środku kryje się w nim mimo wszystko mały szaleniec i lata w cyrku objazdowym dają się we znaki. Nigdy nie daje po sobie znać, iż czymś się przejmuje, przeciwnie; każde złe słowa obraca w żart. Kuszą go również ciała pięknych kobiet, którym zwyczajnie jako młody mężczyzna nie potrafi się oprzeć. Ma skłonności do popadania w długi, choć stara się z tym walczyć. Często pomaga, głównie tym biednym i schorowanym, zapłatą dla niego jest zwyczajny uśmiech. Uśmiech tych najbardziej potrzebujących. Czasami potrafi wyłączyć się z rozmowy, przechodząc do tego drugiego świata, bardziej kolorowego, gdzie wszystko zdaje się być o wiele szczęśliwsze.
Umiejętności, zainteresowania
Hobby: Zabawianie ludzi, gra na skrzypcach, fortepianie, wiolonczeli
Mocne strony: Szeroki uśmiech niezależny od sytuacji
Słabe strony: Zawsze przerażały go pająki. Jego wadą charakteru jest również brak okazywania uczuć, czy większych emocji.
Umiejętności fizyczne: Opanowana niemal do perfekcji walka kosą.
Umiejętności magiczne: Włada  żywiołem ziemi.

Autor: Howrse: Arkona, mail: maxxuellx@gmail.com, GG: 55470264

SIŁA: 10   SZYBKOŚĆ: 30   ZWINNOŚĆ: 30   CZUJNOŚĆ: 10   WYTRZYMAŁOŚĆ: 20

27 czerwca 2016

Od Gabrielisa - CD. Lumeusa

Ze spokojem przyglądałem się mężczyźnie, który zwinnie i prędko zbierał i zwijał prowizoryczne obozowisko. W międzyczasie zdążyłem również przypatrzeć się ranom, które okazały się niezwykle głębokie i nie pozwalały mi na energiczniejsze ruchy kończynami. Szczęście, że ucierpiały tylko one, a broń nie przebiła mi na przykład środka klatki piersiowej. Westchnąłem cicho i poprawiłem się w miejscu. O dziwo Lumeus naprawdę szybko uporał się ze sprzątaniem i za chwilę swoje kroki i poczynania skierował ku mojej osobie. Uklęknął przy mnie i wtedy zamarłem. Mimo, że nie dotknąłem go dłońmi poczułem dreszcz. Dopiero teraz odzyskałem zmysły do końca i zauważyłem aurę roztaczającą się wokół niego. Między nami nie było żadnego kontaktu fizycznego, ale mimo to mogłem poczuć jak jego ciało woła o pomoc i jest rozrywane na malutkie kawałeczki przez ból. Wzdrygnąłem się i nieco odsunąłem. On jednak tego nie zauważył, a ja dostałem duszności, bo cała moja persona zaczęła odczuwać to co on. Piekło rozpętało się w każdej mojej komórce ciała, ale mimo to nawet nie pisnąłem. Nie rozumiałem jak mężczyzna może tak funkcjonować. Chyba, że... on nie czuje tego bólu, chociaż wręcz umiera od środka. Przełknąłem ślinę, gdy poczułem jak mnie obejmuje. Ból się nasilił, bałem się więc co może się stać, gdy dotknę go dłonią. Nigdy nie spotkałem się z czymś takim.
- Zarzuć mi ręce na szyję- powiedział beznamiętnie. Poczyniłem prośbę i nie mogłem się powstrzymać. Dotknąłem skóry na jego karku, czego za chwilę pożałowałem. Automatycznie mnie sparaliżowało, wydałem z siebie nietypowy dźwięk, a głowę musiałem oprzeć o jego ramię, ponieważ bardzo prawdopodobne było, że mógłbym skręcić sobie kark. Teraz nie utrzymywałem z nim bezpośredniego kontaktu fizycznego, jedynie przez materiały ubrań, a odczucia dalej były bardzo wyraźne. Elric usadowił mnie na koniu, a po dokończeniu przygotowań sam wsiadł na to bydle. Oparłem się o jego klatkę piersiową. To wszystko na nowo wyssało ze mnie jakiekolwiek siły życiowe, a znużenie nieubłaganie chwytało się mnie jak tonący brzytwy.
-Mieszkasz gdzieś w mieście?- spytał się, poprawiając się w siodle i delikatnie mnie obejmując. Odparłem potwierdzającym burknięciem.- A w jakiej okolicy?

***

Otworzyłem szeroko oczy. Nade mną znajdował się sufit zdobiony zdartymi malunkami poprzecinanymi drewnianymi podporami. To zdecydowanie nie było moje mieszkanie. Przesunąłem się niespokojnie na skrzypiącym łóżku. Wszechobecny zapach starości i... lawendy? Dotarł do moich nozdrzy i od razu wywołał u mnie ciche kichnięcie. Przecierając, pewnie już czerwony, nos uniosłem się do pozycji siedzącej. Rozglądnąłem się po pokoju z widocznym brakiem szyby w oknie, przez które do pomieszczenia wglądała wierzba. Ściany były obdarte z farb i w niektórych miejscach mocno popękane. Większość mebli stała zakurzona, zdająca się nigdy na oczy nie widzieć ścierki. Ja natomiast leżałem na wielkim, małżeńskim łożu z ładną i miękką pościelą, które miało na sobie stelaż baldachimu, ale on niestety tutaj nie wisiał. Obok stał stolik nocny, piękny, drewniany, lakierowany stoliczek. Na nim natomiast znajdowała się szklaneczka z wodą i jabłko. Po drugiej stronie były oparte o ścianę kule, które zapewne też były przeznaczone dla mnie. Mogłem zgadnąć, że znajduję się w domu Lumeusa. Taki wystrój bardzo do niego pasuje, nie mogę zaprzeczyć.
Spokojnie wypiłem wodę i pochwyciłem kule, ostrożnie stając na chwiejnych nogach. Rany były dokładnie zabandażowane, widać, że Lumek zna się na rzeczy. Wziąłem ze sobą owoc i wyszedłem na obchód. Po pokojach rozchodził się dźwięk moich kroków i stukanie drewnianej podpórki o podłogę, która wyglądała na zrobioną z drogiego kamienia. Kiedy przeprawiłem się przez próg sali, znalazłem się w długim korytarzu, który z kolei prowadził do obszernego salonu. Znajdowały się tam pikowane kanapy obszyte aksamitem, oraz ławy zrobione z ciemnego drewna. Wszystko wyglądało na bardzo, ale to bardzo stare. Zacząłem się zastanawiać, czy nie jest to przypadkiem jakieś stare zamczysko.
- Och, Śpiąca Królewna wstała- usłyszałem znajomy mi, chrypliwy głos. Wzdrygnąłem się i odwróciłem, by zobaczyć gospodarza stojącego na szycie schodów, które podobnie jak posadzka, były kamienne. Poprawiłem pogniecioną koszulę i kiwnąłem twierdząco. Lumeus zszedł na dół, wyminął mnie zwinnie (zostawiając w moich nozdrzach nietypowy, ale przyjemny zapach, oraz powodując ukłucie bólu prawie w całym ciele) i lekko rzucił się na kanapę. Chrząknąłem cicho i ugryzłem kawałek jabłka, po czym usiadłem na tej naprzeciw niego.- Jak się... czujesz?- Och, ten beznamiętny ton, niesamowite jak bardzo wyprany z emocji był.
- Już lepiej. Naprawdę dziękuję za wszystko, Lume. Jestem ci dozgonnie wdzięczny.- Uśmiechnąłem się przymykając oczy. Odłożyłem dokładnie obgryziony ogryzek jabłka na ławę i przeciągnąłem się w miejscu zaraz sycząc z bólu.- Mógłbym wiedzieć ile spałem?
- Całą noc i kawałek dnia. Jest już dwunasta.- Na to otworzyłem szerzej oczy i przekląłem w myśli. Miałem pacjentów, którzy czekali niecierpliwie na wizytę. Wyrzuty sumienia dopadły mnie niesamowicie szybko.
- Powinienem już iść, mam dużo do robo...
- Nie ruszasz się stąd.- Przerwał mi w połowie zdania. Ściągnąłem brwi i wykrzywiłem się nieco. Nie spodobał mi się fakt iż mężczyzna mną zarządzał, byłem dojrzałym dwudziestojednoletnim młodzieńcem, który na dodatek był medykiem. Niech uwierzy, wiem jak się sobą zająć. Musiałem jednak zachować kulturę i oznajmić to w nad wyraz grzeczny sposób.
- Obawiam się, że wprowadzasz się w błąd Lumeusie.- Uśmiechnąłem się szczerze, a on pokręcił głową.
- Jesteś moim pacjentem. Nie wypuszczę Cię, bo prawdopodobne jest iż zemdlejesz w domu, o ile nie w drodze powrotnej. Jesteś zbyt osłabiony, by móc samodzielnie funkcjonować.- Borze Wszechlistny! To chyba jest jego najdłuższa wypowiedź gdziekolwiek, kiedykolwiek, jakkolwiek! Gabrielu ostatnimi czasy ociekasz irytacją i bywasz nieprzyjemny, co się z tobą dzieje? Do tego mówisz o sobie w trzeciej osobie, ohoh, coś złego się tutaj odbywa. Towarzystwo Elric źle wpływa na moją osobę. Jestem zbyt nerwowy.
- Nie możesz mówić mi co będę robił, jestem pełnoletnim i myślącym człowiekiem!- Mimowolnie tupnąłem nogą, przypominając przy tym naburmuszone dziecko.- I w tym właśnie momencie wychodzę i idę do domu i nie zatrzymasz mnie.- Wstałem dynamicznie, czego za chwilę pożałowałem. Z piskiem znowu padłem na kanapę, chwytając się za ranną nogę.
- Skoro jesteś pełnoletnim i myślącym człowiekiem, na dodatek medykiem, jak to się określasz, powinieneś zrozumieć, że w takim stanie nie należy pozostawać bez opieki.- Wstał i podszedł do mnie. Ruchem czarnej dłoni nakazał mi się położyć co posłusznie uczyniłem. Delikatnie zaczął manewrować moją nogą doprowadzając ją przy tym do porządku dziennego. Zadecydował również zmienić opatrunek. Podobnie poczynił z ręką. Wpatrywałem się w niego nieubłaganie. Próbowałem ocenić gdzie teraz skierowany jest jego wzrok, jednak fakt iż nie miał tęczówek, ani źrenic uniemożliwiał mi to. Mogłem jednak stwierdzić, że ponownie patrzy się na moje oczy.
- Naprawdę Ci się spodobały, co?- Nie potrafiłem ukryć śmiechu, a on natychmiast odwrócił wzrok, będąc speszonym. Nie odpowiedział, jedynie dokończył pracę, po czym wstał i wrócił na górę. Mi zostało więc czekać i niemiłosiernie się nudzić, bądź zwlec szanowne cztery litery i zwiedzić budynek. Jako iż z natury jestem istotą ciekawską, jak to każdy człowiek, postanowiłem obejść norkę Lumeusa i zagłębić się w jej najgłębsze zakamarki. Wstałem więc ostrożnie i ruszyłem na przechadzkę. Większość pokoi wyglądała podobnie, stare i niezwykle zaniedbane. Jednakże, mimo to miały one swój urok i nie mogę zaprzeczyć, zauroczyłem się w nich.
Teraz dopiero zauważyłem, że dalej jestem ubabrany krwią. Moje białe włosy,  wciąż były posklejane i w kolorze purpury i brązu. Zaschnięte osocze nie wygląda zbyt przyjemnie. Przydałoby się znaleźć łazienkę, albo gospodarza, który mi ją wskaże. Przeszukując pokoje, których było niesamowicie dużo, trafiłem na jeden z tych przestronniejszych. Stało tu zdobione, mahoniowe biurko, a przy nim krzesło w takim samym stylu. Przez okno wpadały promienie słońca, które rozświetlały salę i dawały przyjemny, żółtawy kolor. Wkroczyłem głębiej i w tym momencie z szafki stojącej pod ścianą spadły papiery. Cofnąłem się, a przeraziłem się jeszcze bardziej, gdy arkusze zaczęły wracać na stare miejsce. Czym prędzej opuściłem pomieszczenie. Gdy przekroczyłem próg wpadłem na coś dużego. A raczej kogoś. Moje oczy były na wysokości rogów wystających z klatki piersiowej mężczyzny.
- Pozwoliłem Ci się stamtąd ruszać?- wysyczał Lumeus. Przełknąłem ślinę i spojrzałem w górę, napotykając karcące spojrzenie mężczyzny. Pokręciłem głową.
- Ja-a... ja szukałem łazienki, bo poszedłeś i nie wiedziałem co robić...- spuściłem głowę i mocniej oparłem się o kulę. Usłyszałem głośne sapnięcie.
- Chodź...- odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie, a ja niczym piesek, podreptałem za nim. Szedł w ciszy, wyprostowany z lekko zadartą głową. Kroczył dumnie, jego ciężkie buty uderzały o posadzkę, a echo donośnie się roznosiło. Swoje czarne ręce trzymał w kieszeniach luźnych spodni, które szeleściły przy każdym ruchu. Był wyższy ode mnie i to dużo. Jego czarne włosy dumnie spływały na jego ramiona. Wydawał się być potężny, ale mimo wiedzy jaką posiadał, bo nie mogłem zaprzeczyć, że był inteligentny, nie wywyższał się. Jak na razie. Starał się być miły i troskliwy wobec tak wątłej osóbki jak ja i było to niesamowicie... urocze. Tak, urocze to słowo idealnie opisujące całą sytuację. Cieszyłem się z tego, że to akurat on mnie znalazł, a nie jakiś przypakowany jegomość, który tylko by mnie dobił.
- Jeszcze raz dziękuję Lumeus. Nie mam pojęcia jak mogę Ci się odwdzięczyć.- Powiedziałem wpatrując się w jego plecy. Nie mogę pominąć faktu iż za nim wciąż ciągnęła się aura cierpienia.
- Po prostu się słuchaj... Gabriel...- odparł z nutką... empatii? Tak! Empatii!
- Jak tylko sobie życzysz, Lucyferku.- Wyszczerzyłem się ku niemu, mimo, że na mnie nie patrzył. Tylko prychnął, zdając się śmiać z nadanego przezwiska.
- Po co chcesz iść do łazienki?
- Pomyślmy... ach, no tak, muszę obmyć się z krwi w której cały jestem.- Na to zatrzymał się tuż przede mną, a ja wpadłem na jego plecy, odbijając się od nich jak piłeczka. Złapał mnie w ostatnim momencie, ale mało brakowało, a skończyłbym z wybitymi siekaczami.
- Nie umyjesz się.- Spojrzał na mnie z góry, co... nie było trudne.
- Niby dlaczego?- Poprawiłem kulę i ponownie naparłem na nią całym ciałem.
- Nie możesz zamoczyć ran, a ja posiadam jedynie wannę. Jeżeli będziesz chciał się umyć to jedną ręką raczej nic nie zdziałasz...- Chrząknął po tym i ruszył w zupełnie drugą stronę.
Właśnie wtedy coś popchnęło mnie do karkołomnego czynu.
- Umyjesz mnie?- Spytałem głośno. Kroki ucichły. Obaj staliśmy zwróceni do siebie plecami. Przerażającą ciszę przerywało tylko tykanie zegara zawieszonego na jednej ze ścian. Cud, że jeszcze działał. Następnie usłyszałem jak mężczyzna się odwraca. Stał teraz wpatrując się w moje ciało. Jego wzrok był wręcz namacalny, było to nieprzyjemne i wywoływało dreszcze na mojej bladej skórze. Ponowne kroki. Stał za mną. Czułem na karku jego ciężki, miarowy oddech. Podmuchy ciepła regularnie oplatały moją szyję, zabierając mi chwilowo dech. Strach obleciał mnie po raz pierwszy w jego towarzystwie. Przymknąłem oczy i zagryzłem wargę. Nie wiedziałem czego mam się spodziewać. W tej chwili był niepoczytalny.
- Powtórzysz, proszę?- Wyszeptał mi wprost do ucha, niskim głosem. Sapnąłem cicho.
- C-czy... C-czy możesz... możesz mnie umyć?- Dźwięk, który wydobył się z mojej gardzieli łamał się i był bardzo niepewny. Jakbym za chwilę miał wyzionąć ducha. Jednak to się nie stanie. Co najwyżej stracę przytomność...

<Gąbka, mydło, ręcznik, ciepła woda. Tak się zaczyna Lućka przygoda. Myje Gabcia bo wie dobrze o tym, jak go nie umyje to będzie miał kłopoty. Ale jak go umyje to też będzie miał kłopoty, ale tam na dole ( ͡° ͜ʖ ͡°) >

19 czerwca 2016

Od Lumeusa - CD. Gabriela

- Oho... trafiła mi się niezła gaduła – pomyślałem, gdy jasnowłosy zaczął nawijać o swoim imieniu. Nie powiem, żeby to było jakieś mega nieprzyjemne, bo od czasu do czasu usłyszeć melodyjny głosik jakiejś dobrej istotki, to nic złego, ale... zapewne oczekiwał ode mnie tego samego, czyli rozmowy. Ja jednak nie zawsze mogłem wiele z siebie wyciągnąć. Na pytanie, jak się nazywam odpowiedziałem krótko i zwięźle, ale chłopak nie wydał się tym zasmucony. Wręcz przeciwnie... zaczął wymyślać zdrobnienia mojego imienia.
- Ja imię Gabriel znam tylko z Biblii. To bardzo... oryginalne i... ładne imię – niezwykle ciężko mi było się uśmiechnąć – Teraz jedz. Musisz odzyskać siły. Wiem, że ci się nie chce, ale wiesz... musisz, żebyś szybciej wrócił do poprzedniej formy – zachęciłem. Chłopak niechętnie spojrzał na swoją porcję, westchnął i zabrał się za powolne jedzenie. Przynajmniej nie musiałem go długo namawiać, jak innych moich pacjentów. Nie powiem, żeby miał wielki zapał, ale jadł. Nie chciałem, aby przez utratę krwi nabawił się anemii lub innego świństwa.
- Musisz się kurować jeszcze kilka dni. Dziś, kiedy odwiozę cię do domu zobaczę, gdzie mieszkasz i będę przychodził do ciebie do czasu, aż wyzdrowiejesz – oznajmiłem.
- To... chyba nie będzie konieczne – powiedział – Jestem medykiem, więc z dalszym leczeniem powinienem sobie poradzić – uśmiechnął się szczerze. Ogromne było moje zdziwienie. Taki dzieciak medykiem? Nie żebym był jakiś nietolerancyjny, ale... w tak młodym wieku taka wiedza, by nazywać siebie medykiem? No no... pod wrażeniem byłem ogromnym, jeśli rzeczywiście białowłosy posiadał taką wiedzę, by nazywać siebie medykiem.
- Jesteś pewien, że poradzisz sobie z dalszą zmianą opatrunków, braniem leków i opieką nad sobą? Chyba, że mieszkasz z kimś... - urwałem.
- No w sumie... miło by mi było gdyby mnie ktoś odwiedzał – powiedział z nadzieją – A jeszcze jak teraz mówisz o tym wszystkim to w sumie... nie wiem, czy dam sobie radę – westchnął.
- No, z ranną nogą chodzenia bym ci nie zalecał mimo tego, że zatamowałem krwawienie i rany się nieco zasklepiły. Mogą w każdej chwili pęknąć i wiesz sam, do czego może dojść – powiedziałem z troską.
- Wiem, wiem... - westchnął – Szkoda twojej pracy i opieki nade mną. Nie warto, aby się to zmarnowało.
- No... wiesz, to twoje zdrowie i twoja sprawa, ale dla spokoju własnego i mojego sumienia wolałbym, abyś wrócił do zdrowia – spojrzałem w jego stronę po rz pierwszy. Napotkałem wtedy na uwagę jego onieśmielających, błękitnych jak niebo oczu. Spoglądały na mnie z drobnym znużeniem. No tak... chłopak był zapewne zmęczony, a raczej na pewno. Musiałem go jednak męczyć o to jedzenie, bo może za jakiś czas wróci mu troszkę sił. Jednak te oczy... były takie... ogromnie zniewalające. Nie wiem czemu, ale... trudno mi było sobie rozkazać odwrócić wzrok. Czułem, że... mogę sobie pozwolić na to, aby w owe ślepka bezkarnie spoglądać. Po chwili poczułem, jak coś szarpie mnie za kaptur. Nie był to nikt inny, jak sam Artemis.
- Aaa... - jąknąłem – Co chcesz? - odwróciłem się w stronę konia, który przecząco pokręcił głową z dezaprobatą. Gabriel na ten widok zaczął chichotać pod nosem. Zmierzyłem go wzrokiem, a on tylko się śmiał po cichu. Od razu twarz mu się rozpromieniła. Spoglądnął na mnie, kiedy się uspokoił.
- Podobają ci się moje oczy? - spytał. No co za szczere pytanie!
- Są... - zaciąłem – Są... ładne. Przynajmniej ładniejsze od moich – powiedziałem pewnie. Chyba dobrze powiedziałem... chyba – Boże drogi... czemu ja się zastanawiam nad odpowiedziami? Przecież ja się nigdy nie jąkam ani nie zacinam... co mi jest? - pomyślałem z zażenowaniem.
- Ty za to masz bardzo nietypowe oczy. Nigdy takich nie widziałem – powiedział z radością jasnowłosy. Cóż... było mi bardzo miło, ale i tak odwróciłem głowę w przeciwną stronę.
- Tak... dzięki – mruknąłem.
- A, nie ma za co! - odkrzyknął.
Deszcz z czasem zaczął nieco ustępować, ale nadal zbytnio padał byśmy mogli ruszyć w podróż do domu chłopaka. Zjedliśmy nasze jedzenie i myślałem już nad powolnym zwijaniem obozu. Deszcz w końcu ustąpił i zaraz po tym wyszło słońce, choć już powoli kryło się ku zachodowi.
- Będziemy się zbierać, ale ty się nie ruszaj. Zaraz się tobą zajmę – zacząłem pakować wszystkie rzeczy. Artemis posłusznie czekał, aż skończę się wszystkim zajmować. W końcu, kiedy zgasiłem ognisko i przywróciłem miejsce postoju do porządku musiałem zająć się białowłosym. Podszedłem do niego, uklęknąłem przy nim i jedną ręką włożyłem pod jego kolana, a drugą objąłem go w pasie.
- Zarzuć mi ręce na szyję – powiedziałem do mężczyzny. On posłusznie wykonał moje polecenie, a nawet przez chwilę poczułem, jakby zrobił to z większym... wyczuciem? Tak, tak to się chyba nazywa. Podniosłem się, a jasnowłosy oparł głowę o moje ramię z dziwnym, nawet uroczym pomrukiem. Westchnąłem na to tylko i pomogłem chłopakowi usadzić się w siodle. Wgramoliłem się zgrabnie w siodło, a Gabriel siedział przede mną. Usadowił się wygodnie i oparł o moją klatkę piersiową. Przymknął oczy.
- Mieszkasz gdzieś w mieście? - spytałem cicho.
- Mhm... - mruknął prawie niesłyszalnie.
- A w jakiej okolicy?

( Gabiś? ) 

Od Lumeusa - CD. Reiny

Dziwna osobniczka, nie powiem, ale jak bardzo interesująca! Mhm... mógłbym całkiem sporą część swojego życia poświęcić na rozgryzanie pobudek tej istoty. Jak to mam w zwyczaju mawiać " Wszyscy najlepsi ludzie na świecie mają nierówno pod sufitem ". Najlepszy był fakt, że ów żeńska osóbka pomyślała, że " pomogłem " jej z dobrego serduszka. Co mogłem poradzić na to, że hałasowała razem z chuliganami? Po niezbyt owocnej nocy nie miałem zamiaru przymykać na to oka. No, ale cóż... nieraz moje intencje zostały inaczej odebrane.
Wróciłem do spożywania swojego posiłku. Zaraz po tym zostawiłem na blacie należne pieniądze i opuściłem karczmę, której postanowiłem zostać częstszym gościem. Nałożyłem na siebie swój płaszcz, gdyż zauważyłem, że na zewnątrz zaczęło się ściemniać. Niebo poszarzało i już niedługo po tym, jak wyszedłem z ciepłego pomieszczenia, zaczęło nieźle padać. Ludzie pomknęli pod dachy. Tylko nieliczni jeszcze biegali po uliczkach szukając schronienia. Czekała mnie daleka droga do domu, bo nie zabrałem ze sobą Artemisa. Martwiłem się o niego. Był moim zaufanym rumakiem... trudno by mi było, gdyby stała mu się krzywda. Czekała mnie daleka droga do domu.
Las był nie do zniesienia w takiej porze. Wszystko szumiało, dudniło i hałasowało, co przeszkadzało mi masakrycznie w skupieniu się. Na dodatek kaptur zasłaniał mi uszy i wszystkie dźwięki były dla mnie nieco przytłumione. Mimo to nie przejmowałem się zbytnio. Miałem zwierzęce zmysły, więc i tak słyszałem, widziałem i czułem lepiej. Jednak nie ma ludzi idealnych, więc i ja się do nich nie zaliczałem. Wkrótce ulewa nasiliła się jeszcze bardziej, co wydało mi się odrobine niepokojące, ale nie ja byłem od pogody, więc musiałem uszanować jej kaprysy. Nie spodziewałbym się, że jest to wszystko ukartowane. Zanim zdałem sobie sprawę z czegokolwiek, oberwałem w głowę z niesamowitą wręcz siłą. Czy był to kamień, pałka czy stalowy drut... nie wiem. Pamiętam jedynie tyle, że w tamtej chwili od razu straciłem przytomność. Oczy zaszły mi mgłą, osunąłem się na ziemię i zasnąłem, a raczej odpłynąłem.

Świadomość powoli zaczęła do mnie wracać, ale bardzo powoli. Pierwszy wniosek, do jakiego doszedłem był tak, że podczas następnych badań spróbuję osłonić czymś swój kark, by w przyszłości nie dać się podejść tak łatwo. Nie spodziewałbym się tego, że ktoś odważy się mnie zaatakować, ale ludzie czasami głupieją z różnych przyczyn, więc nie mogłem być pewien niczego po tych istotach. Głowa nie bolała mnie tak bardzo, jak w chwili upadku. Starałem się podnieść powieki i pozwolić im zarejestrować coś więcej niż tylko obraz zalany wodą lub mgłą. Słuch powrócił mi niemal natychmiast. Głowy jednak nie podnosiłem... na razie. Próbowałem doprowadzić do porządku wszystkie swoje zmysły oraz zdrowe myślenie.
- Ktoś mnie porwał, więc muszę się uciec – zacząłem kombinować – Zapewne ktoś mnie tu pilnuje. Jestem przywiązany do czegoś, na czym da się siedzieć. To może być jakaś machina tortur, więc lepiej mi będzie, jak się nie poruszę. Muszę zdać się tylko na słuch i węch – jak postanowiłem sobie w głowie, tak też zrobiłem. Nie podniosłem głowy. Rozluźniłem się, pomruczałem chwilę pod nosem, aby mój wcześniejszy ruch nie był niczym niezwykłym podczas śnienia i na powrót znalazłem się w pozycji nieruchomej. Nie mogłem nawet drgnąć. Delikatnie nabierałem powietrza do płuc. Było bardzo wilgotne i miało aromat lekkiej zgnilizny.
- Czyżby piwnica? - pomyślałem. Panowała wokół mnie cisza, więc z dźwięków nie wiele usłyszałem, jednak poczułem raczej dobrze wyczuwalne dudnienie, jakby... końskich kopyt. Nie jakaś wielka chmara, jak na wojnie, ale to dudnienie co jakiś czas nasilało się nad moją głową.
- Nie, to katakumby pod miastem – stwierdziłem w myślach. Wszystko by się zgadzało. Dudnienie wskazuje na miejsce gdzieś po miejscem, gdzie często przejeżdżają konie, a jedyne takie miejsce to miejskie ulice. Zdziwiłem się. Liczyłem, że wywiozą mnie gdzieś daleko za stolicę. Poruszyłem lekko dłońmi. Były związane osobno, jakby ktoś doskonale wiedział o moich alchemicznych zdolnościach... lub łud szczęścia. Czyli o alchemii mogłem jedynie pomarzyć. Spróbowałem poruszyć ogonem. No, tu już było trochę lepiej. Był zwinięty pod krzesłem lub czymkolwiek, na czym się wtedy znajdowałem. Włosy opadły na moją twarz skutecznie zasłaniając ją i maskując moje spojrzenie, które przez kosmyki dopatrywało się szczegółów w otoczeniu i potencjalnego strażnika. Przód prawdopodobnie był czysty. Z bliska nie czułem niczyjej obecności, ale są ludzie, którzy tak jak ja umieją maskować swoją obecność lub tacy, którzy za pomocą " czarów " znikają. Ogonem wiele zdziałać nie mogłem. Nie był na tyle silny i ostry, by przeciąć zapewne bardzo grube więzy. Postanowiłem więc poczekać chwilkę na rozwój wydarzeń. Nie czekałem długo, bo po chwili do lochu weszły trzy osoby. Poznałem po ilości kroków.
- Nie wiem, dlaczego my go tu w ogóle trzymamy – obruszył się jeden z rozmówców. Jak na moje ucho był mężczyzną około 30 lat. Głos miał donośny, więc na pewno nie był otyły, jednak w tym jego głosie wyczułem ogromną wręcz irytację i zażenowanie. Nie wiedziałem sam, czemu.
- Och, bracie... czasami mimo wieku wydajesz mi się być jeszcze młodzieńcem, któremu w głowie panienki i hulanki. Nie zdajesz sobie sprawy jak ogromną moc ma ten człowiek – powiedział drugi z przybyłych. Z ochrypniętego głosy wywnioskowałem, że jest starcem już w podeszłym wieku, ale nie na tyle podeszłym, by spisywać swój testament – Miło mi, że masz wątpliwości i nie podążasz ślepo za mną, ale wiesz dobrze, jak ważne jest dla mnie istnienie tego zakonu.
- Nie ma co ukrywać. Zdzieramy z chłopów majątki, a i tak tobie, bracie, jeszcze mało – rzekł urodziwy i bardzo subtelny głos, zapewne kobiety również w wieku 30-stki – Może warto już sobie podarować. Zakon powoli się sypie. Kto zarobił na życie, ten odszedł w swoją stronę. Nie znajdziemy nowych zakonników poprzez porywanie ich – wydedukowała kobieta.
- A mamy jakieś inne wyjście? - spytał oburzony starszy mężczyzna – To jest człowiek, który jest w stanie zarobić krocie sam, a co dopiero " w służbie " Pana.
- Czyli o to im chodzi – pomyślałem i skrzywiłem się na myśl o tych konfidentach na zdrowym ciele państwa. Zacząłem się zastanawiać bardzo uporczywie, jak się wydostać. Skoro odważyli się mnie porwać, znaczyło to, że są na tyle silni, by mnie do czegoś zmusić. Nagle ktoś wbiegł do pomieszczenia.
- Bracie przełożony, przepraszam, że ci przeszkadzam, ale do naszej siedziby wtargnął ktoś... to chyba jakiś zabójca – powiedział przerażony mężczyzna, który brzmiał mi na młodzika.
- Jaki zabójca?! Jak się przedostał przez nasze straże? Zatrzymajcie go za wszelką cenę! - wrzasnął starzec.
- Nie możemy... po prostu... zabija naszych braci, jak muchy – nie musiałem długo czekać na to, aby opuścili loch i zostawili mnie samego. Wyprostowałem się i rozejrzałem uważnie. Nie znalazłem żadnej przydatnej rzeczy, której mógłbym dosięgnąć i się uwolnić. Pozostało mi jedynie wyrywać się, by poluźnić więzy. Rwałem się dosyć długo dopóki nie udało mi się wysmyknąć ręki z uścisku. Swoimi pazurami przeciąłem resztę więzów. Kiedy znowu stałem na własnych nogach uciekłem z lochu i pobiegłem po schodach do następnych drzwi... i następnych... i następnych. W końcu znalazłem się w ogromnym holu i z dala zobaczyłem znajomoą, zakapturzoną postać.
- No proszę, proszę~! Jaki ten świat mały – szepnąłem do siebie.

( Reina? )

12 czerwca 2016

Od Gabrelisa - CD. Lumeusa

 Jako iż był pogodny i słoneczny dzień postanowiłem wyjść na dłuższy spacer. Wytrwale pracowałem bez przerwy przez cały miesiąc, codziennie przyjmując to coraz nowszych i dziwniejszych pacjentów. Co jeden, tym inna choroba. Nic więc dziwnego, że po wielu nieprzespanych nocach i dniach spędzonych na odczuwaniu bólu innych człowiek robi się zmęczony. Chwila przerwy zawsze pomaga i odświeża. Nie spodziewałem się jeszcze tego, że wędrówka po spokojnym i cichym lesie może się skończyć... No, tragicznie.
 Jak zawsze starałem się stąpać ostrożnie, uważać na wszystko, tak tym razem postanowiłem odpuścić i dałem porwać się chwili odpoczynku. Biegałem, przeskakiwałem wszelakie korzenie ciesząc się przy tym niczym małe dziecko, które dopiero co poznaje świat. Wiatr rozwiewał moje włosy i smagał zarumienioną twarz, dając mi przy tym poczucie ulgi. Jednakże moja roztropność niezwykle mnie ukarała. W pewnym momencie straciłem grunt pod stopami. Wiedziałem, że spadam i zdążyłem tylko odwrócić się brzuchem do góry, byleby odnieść jak najmniejsze szkody. Nie spodziewałem się tylko jednego. Pułapki na zwierzęta. I tak oto poczułem rozdzierający ból w lewej ręce i prawej nodze. Całą swoją siłę przełożyłem na głośny, przeszywający krzyk. Potem stać było mnie tylko na krótkie słowa błagające o pomoc. Purpurowo-bordowa ciecz powoli wsiąkała w moje ubrania i spływała po kolcach, mieszając się jednocześnie z powoli cieknącymi strużkami łez. Nie miałem krzepy, aby poczynić jakikolwiek ruch. Strach sparaliżował moje ciało, a gorycz wylewała się ze mnie wraz ze słoną cieczą. Przygotowany byłem na zgubny koniec, który zbliżał się nieubłaganie. Nie czułem już bólu, a energia całkiem ze mnie uleciała. Dusza odrywała się od ciała. Nie panowałem nad słowami, które jednym ciągiem wychodziły z moich ust, jedyne co wiem, to to, że prosiłem o pomoc. W pewnym momencie do moich uszu dotarł dziwny, aczkolwiek miły jak dla mojego ucha głos.
- Nie ruszaj się. Zaraz Ci pomogę- tylko jęknąłem w odpowiedzi. - Tylko mi tu nie zemrzyj i nie zasypiaj - Dodałem po chwili, po czym słyszałem dźwięk łamanego drwa. Przymykałem oczy z powodu zmęczenia, które coraz bardziej się do mnie dobierało. Nie zwracałem uwagi na to, że stworzenie jest coraz bliżej mnie, co można było wnioskować po zbliżających się krokach i coraz głośniejszych trzaskach. Zagryzałem wargę, zaciskałem oczy i cierpiałem z bólu, który na nowo odwiedził moje ciało. Miałem nadzieję, że persona mi pomoże chociaż w małym stopniu. Niech chociaż zdejmie mnie z tych włóczni. Nie chcę umierać w takich warunkach.- Masz. Wypij to- poczułem jak do moich ust wlewa dziwną ciecz. Nie zaprzeczałem, jedynie dałem przelecieć napojowi przez moje gardło.

*

Obudziłem się z sapnięciem i łapiąc powietrze, uniosłem się do pozycji siedzącej. Za chwilę jednakże pożałowałem mojej decyzji i z jękiem opadłem na ziemię. Bodźce zewnętrzne zaczęły dopiero do mnie dochodzić. Do mojej głowy zaczęły dochodzić dźwięki. Było to głównie bębnienie deszczu. Kiedy odzyskałem wzrok, który przez jakiś czas był przyćmiony, zobaczyłem, że nade mną wisi płachta, która zapewne chroniła mnie przed kroplami wody. Poczułem zimno. Kocyk, który na mnie leżał, zsunął się z mojego ciała przez co spotkałem się z nieprzyjemnym chłodem, który wywołał u mnie ciarki. Zamrugałem kilkakrotnie, po czym ponownie się podniosłem, tym razem ostrożnie i wolno, aby ponownie nie doznać szoku. Kiedy już siedziałem, obróciłem głowę, chcąc zobaczyć gdzie jestem. Jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem siedzącego niedaleko mnie mężczyznę. Oświetlały go płomienie ogniska, którego języki lizały powietrze i wiszącego nad nim ptaka, dając przy tym ciepło i miły zapach, którego jak dotąd nie czułem. Przetarłem powieki, po czym przyjrzałem się osobie. Wzdrygnąłem się na początku. Wyglądał niczym diabeł, demon, który dopiero co wyjrzał na światło dzienne po kilkudziesięciu tysiącach lat spędzonych w otchłaniach. Jego dłoni Jego dłonie, które aktualnie dorzucały drewna do ognia były czarne niczym smoła. Z jego ciała wyrastały kolce, które były zapełnione bliznami. Z jego łba wystawały dwie pary rogów. Wpatrzyłem się w jego twarz. Oczy jego nie miały tęczówek, ani źrenic, jednakże odbijały blask płomieni i sprawiały wrażenie, jakby się świeciły. Ale nic nie zdziwiło mnie tak, jak jaszczurczy ogon, którym wolno przesuwał po ziemi. Jak dotąd mnie nie zauważył. Oczywiście moje ciało musiało wydać z siebie ciche kaszlnięcie, na co od razu zareagował. Spojrzał w moją stronę, a na jego buzi zagościł delikatny uśmieszek. Osoba ta mnie urzekła i mimo dość przerażającego wyglądu sprawiał wrażenie człowieka kulturalnego i miłego.
- Uch... Co ja. Co ja tu robię?- spytałem, przeczesując włosy dłonią. Ugodzona ręka dalej mnie bolała, jednakże magicznym sposobem już nie krwawiła, a rana była mniejsza, podobnie było z nogą. Mężczyzna przyjął wyraz kamiennej twarzy.
-  Odpoczywasz, dochodzisz do siebie po niefortunnym spotkaniu z pułapką zastawioną przez ludzi- wzruszył ramionami, po czym powrócił wzrokiem do ogniska. Przytaknąłem cicho, mimo, że tego nie widział ani nie słyszał.
Po ponownym rozglądnięciu się ujrzałem przy ognisku ogromnego konia, który wielkością bardziej zbliżony był do byka, aniżeli do czterokopytnego, majestatycznego zwierzęcia. Postanowiłem się jednak nie zbliżać do niego. Nigdy nie wiadomo co może się zdarzyć, a po ostatnich wydarzeniach zdaje się, że lepiej być ostrożnym i dmuchać na zimne, niż później męczyć się przez tygodnie ze złamaną nogą, bądź innym urazem. Koń parsknął głośno i poruszył łbem, powodując przy okazji zatrzepotanie grzywy.
Mężczyzna po pewnym czasie, który spędziliśmy w ciszy, zdjął ptaka znad ogniska, po czym zaczął rozdzielać porcje.
- Jak się tu znalazłem?- spytałem śmiało, gdy dostałem kawał mięsa. Czarnowłosy usiadł na swoim miejscu, biorąc także i swoją działkę pożywienia. Spojrzał na mnie beznamiętnie.
- Przyniosłem Cię tu, to chyba oczywiste - Przyniosłem Cię tu, to chyba oczywiste- odparł takim tonem, jakby rozmawiał z jakimś imbecylem, bądź kimkolwiek, kto nie rozumie zwykłych, pojedynczych zdań. Spojrzałem na swoje dłonie i odstawiłem posiłek. Apetyt nagle ze mnie uleciał, a zastąpiło go lekkie znużenie. Dokładnie otuliłem się kocykiem, bo mimo ciepła, które dawało ognisko, dreszcze spowodowane wyziębieniem i osłabieniem organizmu dawały mi znaki o chłodzie, który powoli ogarniał moje ciało.
- Dziękuję- wyszeptałem, zaczesując włosy posklejane krwią za ucho. Spojrzałem na chłopaka spod zasłony z rzęs, a w jego oczach ujrzałem coś na kształt iskierki. Uznałem to za odbicie jarzącego się jasno ogniska.
- Nie ma za co- ponownie zamilkł. Rozmowa z nim nie była jakoś szczególnie męcząca. Czułem, że obaj czuliśmy się troszkę nieswojo. Nie skomentowałem tego jednak.
- Ile spędziliśmy już czasu... no... tutaj?- postanowiłem jednak jakoś zagaić rozmowę.
- Kilka godzin.- Och, widzę, że naprawdę nie jest rozgadany.
- Skoro już tutaj siedzimy, nazywam się Gabrielis Desiderius Coeh, jednakże możesz skracać moje imiona. Na przykład Gabriel, albo Dezydery. Krócej też się da. Powiedzmy Gabi, Dezy. Niektórzy mówią też na mnie Archanioł Gabriel, ale to już inna sprawa. Anioł też się nadaje. Ogólnie mam dużo przezwisk. Jeśli chcesz, możesz jedno wymyśleć. A ty, jak się nazywasz?- wydusiłem wszystko na jednym dechu, a chłopak patrzył na mnie jak na nienormalnego.
- Lumeus Elric - O BOŻE CO ZA ZAJMUJĄCA WYPOWIEDŹ.
- Uroczo. Lumeus. Lumek. Lumcio. Luciek. Kiedyś miałem znajomego, miał podobne imię, jednak skrócenia takie same. Ale Lumeus, nie spotkałem się jeszcze z takim imieniem, nie powiem.

(Lumcio? Och Boże gdzie się podziała moja wena i umiejętność sklejania sensownych zdań?)

9 czerwca 2016

Od Lily - CD. Erica

Czasami zastanawiam się, czy tylko ja nienawidzę, kiedy czegoś mi zabraknie w domu i muszę iść na targ, aby zakupić zapasy na następny odstęp czasu. Moja nienawiść do wychodzenia na zewnątrz pojawiła się tylko z powodu tego, jak ludzie wrednie się do mnie odzywają, a także winę ponoszą incydenty z mojego dzieciństwa. Jeśli jednak chcę skończyć portret Króla Erica, oraz krajobrazu zimy, muszę iść po potrzebne mi farby.
Porwałam z szafy moją czarną pelerynę z kapturem oraz koszyczek wiklinowy, no i oczywiście sakiewkę z pieniędzmi. Zarzuciłam pelerynę na barki i zawiązałam przy szyi, następnie nałożyłam kaptur na głowę i wyszłam z domu, zamykając go.
Ostrożnie wymijałam każdą osobę na mojej drodze, unikając także nieproszonych spojrzeń. Nie chcę znów słyszeć złośliwości na swój temat. Każdy niemiły komentarz na temar mojej osoby jest jak tysiące igieł w serce. Staram się stłumić w sobie ból, jaki we mnie ciąży, ale nie jest to łatwe. Jestem zdana na tego typu opinie do końca życia... a może i dłużej.
Na targ jak zwykle trudno było się dostać. Przepychanie się przez tłum ludzi, uważanie, żeby ktoś nie nadepnął ci na stopę lub cię nie popchnął. Jak zwykle było słychać kłótnie o cenę towaru, krzyki sprzedawców i oszczerstwa na różne tematy. Przeciskając się między przeróżnymi ludźmi, cudem dostałam się do straganu z artykułami plastycznymi.
- O Panna Thánh Tuyết – uśmiechnął się brodaty mężczyzna, widząc jak nieśmiało podchodzę do jego stoiska.
- Dzień dobry – przywitałam się łagodnym głosem.
- Dawno Panny tutaj nie widziałem. Co tam słychać w wielkim świecie?
- A nic ciekawego – odpowiedziałam, rzucając okiem to na sprzedawcę, to na...
Na blacie stołu okrytego szkarłatnym materiałem leżały różnorakie słoiczki z farbami, pędzle, płótna i inne narzędzia. Stragan wypełniony był po brzegi, a widząc jak wiele tym razem jest farb, ucieszyłam się.
- Jak Panna widzi, więcej farb do wyboru jest – uśmiechnął się, ukazując swoje niezbyt czyste zęby.
Przyglądałam się wszystkiemu dokładnie. Nowe kolory zachwycały mnie sowimi barwami i nie wiedziałam, na który się zdecydować. Oczy skrzyły się zachwytem, analizując każdy kolorowy słoiczek.
- To jakie będą Pannie potrzebne? – spytał, wyrywając mnie z transu. Natychmiast wyprostowałam się i posłałam mu sztuczny uśmiech. Rzuciłam oko jeszcze raz na wszystkie farby i dopiero po chwili zadumy zdecydowałam się na zakup.
- Poproszę kilka słoiczków białej farby, po dwie pary z przeróżnych odcieni szarego i dwa słoiczki granatu – sprzedawca zaczął wybierać wskazane przez mnie słoiczki z rzędów. Podawał mi je, a ja powkładałam wszystkie do koszyczka, który miałam przy sobie.
- Coś jeszcze?
Poprosiłam jeszcze o kilka pędzli po czym dziękując, zapłaciłam za zakupy i oddaliłam się. Kupiłam jeszcze kilka produktów spożywczych, a po tym marzyłam już tylko o wróceniu do domu.
Chciałam oddalić się od tego tłocznego zakątka, usiąść w mojej pracowni i dokończyć portret króla…
Westchnęłam cicho mając świadomość, iż znów czeka mnie mordercza walka wydostania się z tłumu zażartego społeczeństwa. Po raz kolejny zaczęłam przeciskać się między ludźmi, uważając na zakupy. Towar który niosłam w tym koszyku był kruchy.
Już prawie byłam u celu mojej małej wyprawy… Kiedy zdarzyło się to nieszczęście.
Jakiś mężczyzna wpadł na mnie, a większość moich zakupów wypadło z koszyka i zderzyło się z kamiennym gruntem. Widząc, że dwa słoiczki stłukły się, a farba wypłynęła, poczułam jakby ktoś bardzo mocno mnie uderzył.
I całe moje zakupy na nic…
Mężczyzna podjął się pomocy mi, chcąc odpokutować. Także zaczęłam zbierać rozrzucone słoiczki.
- Proszę o wybaczenie – usłyszałam i niepewnie uniosłam wzrok na twarz mężczyzny.
- Nic się… – nagle zrobiło mi się słabo. Nie wierzę…
Przełknęłam głośno ślinę.
Wpatrywałam się w niego jak zaczarowana. Zbliżyłam rękę do jego twarzy i przejechałam opuszkami palców po jego policzku. Kącik moich ust uniósł się do góry, a źrenice rozszerzyły.
To nie iluzja, to naprawdę on…
Wydaje się być czymś poruszony, zestresowany. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Zachwycona tym, że widzę jedną z osób zaliczającej się do mojej twórczości, na początku zapomniało mi się kim jest, a kim ja jestem.
Artysta widząc osobę swoich natchnień zawsze będzie odczuwał zachwyt. To jak rycerz, który sławi piękno swej damy serca.
Dopiero po chwili otrząsnęłam się z mojego chorego transu. Źrenice zwężyły się, a moja ręka zastygła w bez ruchu. Przez krótką chwilę przypominałam rzeźbę o przerażonym obliczu.
Widząc, że zakupy, które przeżyły upadek są już w koszyku podniosłam się i stanęłam sztywno naciągając kaptur na głowę.
- Wasza wysokość potrzebuje pomocy…- to nie było pytanie. To było stwierdzenie.
Jeśli go znajdą, będzie źle, jeśli go znajdą ze mną, też będzie źle. Na jedno wychodzi, ale zaryzykuje.
Zawsze byłam osobą, która trzyma się na uboczu i nie wplątuje się w cudze historie. Jednak jeśli to król, może zyskam coś na tym?
Uśmiechnęłam się w duchu i spojrzałam na mężczyznę zza czarnego kaptura. Kiwnęłam głową w prawo dając sygnał, żeby poszedł za mną.
- Proszę iść za mną, pomogę Waszej Wysokiej Mości…- powiedziałam łagodnym tonem głosu.

<Wasza Królewska Mość?>

5 czerwca 2016

Od Lumeusa

Poranek zaczął się dla mnie niezwykle zwyczajnie. Słońce rażącym blaskiem wbiło się do mojej sypialni przez nieoszklone okno, a skowronki i słowiki przysiadły się na pobliskich gałązkach winorośli, by wydać pod moim oknem swój poranny koncert. Uchyliłem powieki i rozejrzałem się po pokoju. Słoneczne światło wesoło rozświetliło stare zamkowe mury, lekko już pokruszone i popękane. Podniosłem się ze swojego łoża i rozmasowałem bolący kręgosłup.
- Starzeję się – mruknąłem do siebie z pogardą. Wstałem z wygodnego łóżka i przeciągnąłem się lekko – A może po prostu za dużo wczoraj pracowałem? - spytałem sam siebie. Wyjrzałem przez okno widząc z zamkowej wieży całe królestwo Aqu'a oraz otaczający mnie zewsząd las. Mimo bardzo silnego słońca, pogoda zapowiadała się pomyślnie... przynajmniej jeśli chodzi o godziny poranne.
- Warto uzupełnić apteczkę – westchnąłem do siebie, myślać o kolejnych godzinach spędzonych na szukaniu ziół.
Zszedłem po krętych schodach na niższe piętra starego, opuszczonego od lat zamku. Był nawet uważany za nawiedzony, ale jak długo w nim mieszkałem, nigdy nie natknąłem się na bardzo groźne znaki zjawisk paranormalnych. Jedynie czasami miałem przełożone różne przedmioty albo znikały mi przekąski ze spiżarni, ale uznałem to jedynie za obecność nieszkodliwego współlokatora, który był bardzo przydatny. Utrzymywał legendę o nawiedzonym zamku, który był kiedyś siedzibą władców królestwa Aqua. Tamtejszego dnia jednak nie zauważyłem niczego zbytnio interesującego. Jedynie koc na kanapie w mojej bibliotece był rzucony byle jak i kilka książek było poukładanych na biurku, przy którym tylko teoretycznie nikt nie siedział.
- Jak nie będziesz korzystał już z biblioteki, to posprzątaj po sobie – rzekłem jedynie i przeniosłem się do kuchni, która znajdowała się w piwnicach zamku. Drobne, prostokątne okna znajdujące się praktycznie przy samym suficie pomieszczenia nie pozwalały promieniom zbyt często wpadać do środka, dzięki czemu temperatura była niska, a i wilgotność odpowiednia. Sięgnąłem do wiklinowego kosza, w którym trzymałem pieczywo i zrobiłem sobie kilka kanapek na śniadanie oraz na drogę. Plasterek szynki, listeczek sałaty, kawałek koziego sera... pyszności. Starannie zapakowane przekąski spakowałem do torby, a do tego wziąłem jeszcze kilka jabłek. Opuściłem kuchnię i kiedy zmierzałem do holu zauważyłem, że w bibliotece kocyk został ładnie złożony, a książki odłożone na miejsce. Uśmiechnąłem się lekko pod nosem i odłożyłem torbę na szafkę przy drzwiach wyjściowych. Szybko pomknąłem do pokoju, by się ubrać i na powrót znalazłem się w holu. Zabrałem torbę z drugim śniadaniem i wyszedłem na zamkowy dziedziniec, gdzie oprócz studni w centrum po bokach znajdowały się stajnie na trzodę i konie. Zajmował ją jedyne Artemis, Spojrzał na swoimi inteligentnymi oczyma i parsknął radośnie, wyczuwając kolejną podróż. Podszedłem do boksu, odłożyłem bagaże na bok i zabrałem się za siodłanie ogiera. Nawet na tak prymitywne okazje wolałem go siodłać, aby jego kręgosłup jeszcze długo mi posłużył. Przypiąłem torby do siodła i wyprowadziłem wierzchowca z zagrody, po czym wsiadłem na niego i pognałem przez bramę główną i most zwodzony, aż do środka puszczy, gdzie postanowiłem zacząć poszukiwania.
Kiedy już po drodze zacząłem zauważać potrzebne mi zioła zatrzymałem się. Zsiadłem z rumaka, opuściłem jego wodze i pozwoliłem mu spacerować w okolicy. Koń rozejrzał się i zaczął spacerować między drzewami, by znaleźć kępkę odpowiedniej dla siebie trawy. Powoli spacerowałem między drzewami i krzewami w poszukiwaniu potrzebnych mi ziół. Co jakiś czas znajdowałem jakieś i zbierałem je do fiolek, skrzynek lub sakiewek. Musiałem przyznać, że powiodło mi się. Od jakiegoś czasu często padało, więc i ziół było więcej. Postanowiłem, że zrobię większe zapasy. Większe, czyli łaziłem po lesie przez jakieś 5 godzin i nazbierałem liści w pizdu. Zdążyłem już wszamać połowę śniadania razem z Artemisem.
Kiedy miałem się już zbierać do powrotu, wierzchowiec podniósł głowę i zastrzygł uszami. Spojrzał na mnie przerażony i zaczął niespokojnie przebierać kopytami w stronę, w którą przed chwilą był odwrócony. Podszedłem do wierzchowca i poklepałem go po szyi.
- Spokojnie, spokojnie – przypiąłem torby do siodła i dosiadłem konia – Pokaż, o co chodzi – ogier energicznie się wzdrygnął do biegu. Prowadził mnie między drzewami, a ja jedynie trzymałem się jego ciała. Odgłos nadchodzącego jeźdźca niósł się po całej puszczy. Po kolejnych pokonanych kilometrach zacząłem słyszeć dziwne dźwięki między łomotem kopyt. Z każdą chwilą słyszałem je coraz wyraźniej. To były krzyki,,, czyjeś krzyki. Ktoś wołał o pomoc, ale robił to coraz rzadziej, jakby już tracił siły. Pognałem Artemisa, aż zauważyłem dziwny układ w ziemi. Zatrzymałem się, zeskoczyłem z grzbietu wierzchowca i ostrożnie podszedłem do masy liści. Znów usłyszałem głos, tyle że znacznie cichszy.
- Ratunku... niech mi ktoś pomoże – powiedziała ochrypłym głosem persona. Głos dochodził jakby z dołu. Starałem się podejść bliżej. Zobaczyłem wykopany dół, który służył myśliwym i kłusownikom jako pułapki na zwierzęta. Zwykle w środku było pełno naostrzonych włóczni. Okazało się, że wpadł tam człowiek. Białe włosy zbroczone były krwią, tak samo, jak i blada cera oraz jasne ubrania. Był to mężczyzna, którego ramię oraz noga były przebite włóczniami.
- Nie ruszaj się. Zaraz ci pomogę – powiedziałem głośno do chłopaka – Tylko mi tu nie zemrzyj i nie zasypiaj – zeskoczyłem do dołu w tą część, która nie była ponabijania. Zacząłem w pośpiechu wyrywać włócznie i wyrzucać ja z dołu. Musiałem się dostać do mężczyzny. Byłem nie lada przerażony jego stanem. Mógł się wykrwawić i umrzeć. Stawał się coraz bardziej blady i coraz częściej zamykał oczy, z których drobnymi strumieniami spływały łzy. Trząsł się cały... z zimna, ze strachu, ze smutku i żalu. Sięgnąłem do sakiewki i wyciągnąłem z niej jedną z moich najcenniejszych fiolek. Wyciągnąłem korek i nachyliłem się nad białowłosym i zbliżyłem buteleczkę do jego ust.
- Masz. Wypij to – w oczach chłopaka zobaczyłem promyk nadziei. Wypił eliksir bez żadnego oporu. Po zaledwie kilku sekundach zasnął twardym snem. Ułamałem obydwie włócznie, bym mógł wyciągnąć chłopaka, nie narażając go jednocześnie a szybsze wykrwawienie poprzez wyrwanie włóczni. Ułożyłem mężczyznę z boku i alchemicznie wytworzyłem schody w ziemi, dzięki którym mogłem się wydostać i wynieść chłopaka z dołu. Wziąłem go na ręce i wyniosłem z pułapki. Położyłem go delikatnie pod drzewem i szybko oczyściłem najbliższy teren z trawy. Wyrysowałem na tym terenie krąg transmutacyjny na zasklepianie ran ciętych. Ułożyłem mężczyznę w kręgu i pozwoliłem alchemii działać. Krąg zaczął świecić jasnym, błękitnym blaskiem, a wzory i znaki kręgu zaczęły się poruszać w odpowiednich dla tego zaklęcia kierunkach. Patrzyłem przez chwilę na klatkę piersiową chłopaka, czy aby na pewno oddycha. Na szczęście oddychał równomiernie. Odetchnąłem z ulgą i usiadłem pod drzewem opierając się o nie.
- Raczej zabawimy tu dłużej, Ametrisie – powiedziałem do konia – Rozbijemy tu obóz – podniosłem się i ruszyłem w głąb lasu – Pilnuj go, przyjacielu. Pójdę nazbierać drewna – i zniknąłem w puszczy. Zrobiłem kilka kursów po chrust po czym rozbiłem bardzo prowizoryczny obóz. Między drzewami rozłożyłem płachtę, która miała osłonić mężczyznę i mnie przed domniemanym deszczem, którego spodziewałem się popołudniu. Zrobiłem okrąg na ognisko i ułożyłem w nim drewno. Pasowało czekać do wieczora, aż białowłosemu poprawi się stan zdrowia. Rozsiodłałem Artemisa, a sam usiadłem sobie wygodnie pod drzewem. Miałem dobry widok na otoczenie. Miecz położyłem zaraz obok swojej nogi, by w razie potrzeby szybko po niego sięgnąć. Co chwila sprawdzałem stan chłopaka. Stracił dużo krwi, więc nieuniknione było osłabienie, ale nie mogłem go zabrać do swojej siedziby. Zbyt wielu ludzi mnie poszukuje, bym sprowadzał do ruin ludzi znalezionych w lesie. Skąd mogłem wiedzieć, że nie zdradzi mojej tajemnicy? Zresztą... nie warto nikomu ufać.
Po kilku godzinach, kiedy byłem pewny, że stan chłopaka jest w stu procentach prawidłowy, wybrałem się na polowanie. Miałem mało pożywienia, więc musiałem coś upolować. Mój " pacjent " zapewne byłby głodny po czymś takim. Nie umiałem strzelać z łuku ani też go nie posiadałem, więc postanowiłem wspomóc się włóczniami z pułapki. Wziąłem ich kilka i odszedłem kilka metrów od obozowiska. Usadowiłem się wygodnie na powalonym drzewie i czekałem. A nóż widelec... może coś mi się nawinie pod rękę. Nie myliłem się. Za chwilkę zaraz przed moimi oczami przeszedł całkiem okazały bażant. Podniosłem się bardzo lekko na palcach, powoli cofnąłem rękę do tyłu i zamachnąłem się się włócznią, która na wylot przebiła ptaszka. Uch... niezbyt lubiłem polować. Ucieszyłem się jednak, kiedy to mi się udało. Podszedłem do ptaka, wyciągnąłem z niego włócznię i ze zdobyczą wróciłem do obozowiska. Zabrałem się już wtedy za przygotowanie " kolacji ". Kilkoma zgrabnymi zaklęciami pozbyłem się opierzenia i wnętrzności bażanta oraz rozpaliłem ognisko. Zrobiłem bardzo zgrabny stojaczek na kurczaka, by można było go łatwo opiekać i relaksując się pod drzewkiem doglądałem wszystkiego. Po chwili jednak zaczęło mi się nudzić i zacząłem strugać coś z kawałka wierzby. Ostry sztylet, który nosiłem u pasa świetnie się do tego nadawał. Zanim jednak zdążyłem cokolwiek zacząć, ściemniło się. Wyjrzałem zza kotary i okazało się, że nad naszymi głowami zbierały się deszczowe chmury. Nie minęło pięć minut, a zaczęło już kropić, a chwilę potem już padało. Niezbyt mocno, ale padało dosyć gęsto. Artemis również schował się pod daszkiem i glebnął się zaraz przy ognisku. Zaś co do chłopaka... szczelnie przykryłem go kocem i pozostało mi czekać na jedzonko i pobudkę śpiącej królewny.

( Gabiś? )

1 czerwca 2016

Gabrielis Desiderius Coeh

Dane personalne
Imię i Nazwisko: Jego pełne mienie brzmi Gabrielis Desiderius Coeh, dzięki czemu można zauważyć jak bardzo jego rodzice byli zakochani w nadzwyczaj innych i dziwnych imionach. Jednakże by ułatwić wymowę, młodzian postanowił by ludzie nazywali go Gabriel bądź Dezydery, zależnie które imię bardziej im pasuje. Pozwala też używać od nich skrótów jak Dezy albo Gabi. 
Pseudonimy: Jeśli chodzi o ksywki, po kilku latach chodzenia po świecie, ludzie zaczęli zauważać jego zachowania i niedługo przyjął sobie kilka pseudonimów, takich jak Anioł, Niosący Światło czy też Archanioł Gabriel.
Data urodzenia: 28 kwietnia
Wiek: Gabriel liczy sobie dwadzieścia jeden długich wiosen.
Stanowisko: Starając się znaleźć pracę, dzięki której mógłby jak najbardziej pomagać wszelkim istotom żywym, podjął się bycia medykiem.
Płeć: Mimo delikatnego głosu i łagodnej twarzy Dezydery jest przedstawicielem męskiej części społeczeństwa.
Królestwo: Trzymający się swojej ojczyzny niczym dziecko piersi matki, od zawsze zamieszkuje Królestwo Aqua'y, jednakże chciałby kiedyś wyruszyć w świat, poznawać inne miejsca. 
Aparycja
Kolor oczu: Jego oczy, które szczególnie przykuwają uwagę są koloru błękitu morza bądź też nieba, które z tych rzeczy bardziej przypominają, zostawiam wam do wyboru. 
Kolor włosów: Niezmiennie od urodzenia. Biały. Kolor przypominający śnieg, który co dopiero spadł, wyglądający niczym miękka puchowa kołdra. 
Wzrost: Gabi mierzy sobie liche 173 centymetry wzrostu.
Znaki szczególne: Można by powiedzieć iż cała postać Gabriela jest w pewnym stopniu szczególna. Zaczynając na średniej długości białych włosów, przez błękitne oczy i srebrzysty kolczyk w dolnej wardze, kończąc na dość niskim wzroście. Mimo bardzo niewinnego i dość zwyczajnego wyglądu, nie łatwo pominąć go wzrokiem na ulicy, taka oto prawda.
Opis fizyczny: Chłopak, którego ciało nie jest w żadnym miejscu okryte tuszem, czy bliznami. Jego czysta i delikatna skóra jest wręcz jedwabna w dotyku. Nikt nie wie dlaczego tak jest, ale nigdy nie doszukasz się u niego żadnej skazy. Dezydery nie posiada bowiem pieprzyków, znamion, czy innych podobnych rzeczy. Dodatkowo fakt iż jego cera jest jasna niczym kreda, bądź ściana (jak kto woli) sprawia wrażenie, że zrobiony jest on z porcelany i to tej najdelikatniejszej. Jego średniej długości, falowane, białe włosy są rzeczą o nad wyraz miękkiej strukturze. Nigdy nie miał problemu z układaniem ich, ba! One same się układają, niekiedy nie musi ich czesać. Jednakże mimo tego jak je lubi, często wiąże je w luźne koczki, byleby nie wpadały mu do oczu. Oczy. Prawie zawsze błękitne niczym niebo, przyciągające uwagę. Wzrok Gabriela jest delikatny i widać w nim wrażliwość na każdą krzywdę. Patrząc w jego oczy widzisz wszystko, każdą emocję, każdą zmianę nastroju chłopaka. Zawahanie, czy radość. Jest niczym otwarta księga, z której czyta się bez problemu, jakby dostosowana do każdego czytelnika. Niżej zadarty, mały nosek, oraz pełne usta posiadające naturalne "ombre". To w nich i w jego uszach znajduje się jedyne ciało obce, a mianowicie kolczyki. W płatkach jego uszek zwyczajne, najczęściej czarne. W ustach przecinający dolną wargę po lewej stronie, srebrny pierścień. Te ozdoby delikatnie demolują wrażenie czystego i grzecznego, jednakże w Gabrielu potrzeba było przynajmniej jednego takiego czynnika, a trzy wystarczają w zupełności
Dezy posiada dłonie, które dzięki swojemu unerwieniu, mimo że bardzo wrażliwe, ułatwiają mu pracę jako medyk i znajdowanie przyczyn bólu. Swoje nadgarstki lubi zdobić skórzanymi bransoletami. Jeśli chodzi o garderobę Anioła, stara ubierać się przede wszystkim wygodnie. Zazwyczaj wybiera jasne ciuchy, jednak w jego szafie nie brakuje również tych ciemnych.
Informacje fabularne
Rodzina: 
•Cassandra Vivienne Coeh- kochająca matka Gabriela. Od zawsze starała się wychować białowłosego na ułożone i kulturalne dziecko, które nie sprawiałoby problemów. Udało jej się to. Gabriel jest jej całkowicie oddany i pomaga jej we wszystkim. Kocha ją ponad wszystko i umiałby przyjąć na siebie za nią nawet karę śmierci, gdyby była taka konieczność. 
• Robin Coeh- rozwiedziony z Cassandrą, ojciec Anioła. Autorytet młodzika, który mimo rozłąki zawsze starał się poświęcić mu jak najwięcej czasu. Bardzo kocha Gabriela i nie wyobraża sobie, aby miał zerwać kontakt z nim tylko przez rozwód. 
• Mirabelle Coeh- babcia od strony ojca, kobieta miła i niezwykle wrażliwa. Utrzymuje z Dezyderym bardzo dobre kontakty i często ją odwiedza. Mimo, że jest już w podeszłym wieku nie brak jej pogody ducha i często zachowuje się jakby ponownie miała siedemnaście lat.
Środek transportu: Nogi, które na marginesie są bardzo krótkie. Gabriel tego nie lubi, musi przez to częściej stawiać kroki. 
Cel: Nie ma on konkretnego celu. Nie żyje by zostać, powiedzmy królem zamku. Gabriel żyje by dawać ludziom radość i dobre rady. Chce szerzyć przekonanie miłości do bliźniego. Za jego cel można więc wziąć zapalanie iskierki dobra w każdej duszy i chęć do ponownego zjednoczenia i braku wojen. 
Historia: Urodzony dwadzieścia jeden lat temu młodzieniec nie ma zbyt zawiłej historii. Wychowywany w skromnym domu od zawsze był uczony, że najważniejsze są wartości duchowe, a nie materialne. Kochający rodzice zawsze dawali mu poczucie bezpieczeństwa i nie pozwalali by mały Dezy wyrósł na kogoś beznadziejnie oschłego. Chcieli aby w przyszłości miał łatwiej dzięki wykształtowanemu miłemu charakterowi. I udało się. 
Jednak kiedy osiągnął osiemnaście lat, wszystko zaczęło się psuć. Jego rodzice nie byli tak zżyci jak kiedyś i często się kłócili. Za często jak na nich. Niedługo po tym ich związek się rozpadł. Gabi został z matką, by pomóc jej się pozbierać. Sam zamieszkał dopiero w dwudziestym roku życia, gdy był pewien, że oboje z rodzicieli wyszli na prostą i może ich opuścić bez obaw o ich stan psychiczny. Oczywiście utrzymuje kontakt i z mamą i z tatą, podobnie oni między sobą. Są teraz dobrymi przyjaciółmi, którzy próbują ułożyć sobie życie na nowo. Dezy idealnie to rozumie.
Opis osobowości: Gabriel, czy też Dezydery. Nie ważne które imię wybierzesz, chłopak ten zawsze przyjmie Cię z otwartymi ramionami i uśmiechem na twarzy. Gabi jest bowiem osobą o bardzo szerokim gronie znajomych, które chce powiększać i robi to z zawrotną prędkością. Ale hola hola! Jak to tak? Tak po prostu ich przyjmuje? Przecież to nierozważne z jego strony. Oczywiście, że tak. Jest to bardzo nieodpowiedzialne, jednakże chłopakowi zdaje się nie robić to różnicy. On chce tylko służyć dobrą radą i pomocą. Oddany chłopak stawia priorytety innych na pierwszym miejscu, zawsze pierw pomaga znajomym, bądź obcym, często nie myśląc przy tym o swojej osobie. Wystawia swoje serce jak na dłoni i mimo tego jak często był przez to raniony i upokarzany, zdaje się tym nie przejmować. Obelgi skierowane w jego stronę spływają po nim jak po kaczce. W takich sprawach słucha tylko konstruktywną krytykę. Otwarty na nowe doznania i naukę. Z chęcią poznaje wszystko z czym nie miał do tej pory styczności. Podobnież z ludźmi. Nigdy nie patrzy na wygląd, wszystkich stawia na równi i szanuje tak samo. Stara się być kulturalny względem każdego, jednakże kiedy przejdziesz przez cienką granicę możesz spotkać się z jego niezadowoleniem i pewnego rodzaju odrzuceniem. Gabriel bowiem wybacza i to często, ale kiedy "przegniesz" może zacząć omijać Cię szerokim łukiem i nie chcieć mieć z tobą nic wspólnego. Wtedy lepiej już nie wchodzić mu w drogę i zostawić go w spokoju, bo jest małe prawdopodobieństwo, że ci wybaczy. Ma dobre serce, ale do czasu.
Chłopak nadzwyczaj empatyczny i wrażliwy. Nie potrafi patrzeć na cierpienie innych, więc często im pomaga kierowany impulsem. Dezydery stara się być zawsze uśmiechnięty i sprawiać by radość pojawiała się też u innych, czy to poprzez wygłupianie się, posyłanie wesołych spojrzeń, czy zwyczajną rozmowę. Jest przez to trochę namolny, bo jednak narzuca się innym ludziom, a mimo to uroczy. Właśnie. Uroczy. Można powiedzieć, że ta cecha też go określa. Lubi się połasić i pozachowywać jak wymagający kociak. Wielbi wszelakie pieszczoty, czy to przeczesywanie włosów, czy choćby trzymanie dłoni na jego udzie. Często obdarowują go takimi prezentami, bo chłopak jest bardzo charyzmatyczny i nie sposób go nie lubić. Mimo to ma w sobie trochę pokory i spokoju. Czasem zdarzają się dni, podczas których nie ma ochoty na wygłupy i zachowuje się wtedy nad wyraz ospale. Takie momenty najchętniej spędza w ciepłym łóżku śpiąc, bądź rozmyślając. Jest to bowiem myśliciel i filozof, który mimo młodego wieku ma już bardzo dużą wiedzę życiową i doświadczenie, którymi z chęcią się dzieli.
Umiejętności, zainteresowania
Hobby: Gabriel ma w sobie wrodzoną skłonność do wszelakich artystycznych prac. Czy to rysunek, rzeźba, pisanie wierszy, czy śpiewanie. Jednakże najbardziej oddał się temu ostatniemu i nie można zaprzeczyć, ma niezwykle melodyjny głos. Mimo tego, to hobby ogranicza się do nucenia podczas kąpieli. Drugim jest czytanie książek i zdobywanie wiedzy. Gabriel niezwykle tego łaknie, a jego prywatna biblioteczka jest zapełniona, aż pęka. Chłopak nie ma już gdzie upychać tomiki, ale dalej je kupuje. Nie wiadomo kiedy się przydadzą.
Mocne strony: Przede wszystkim- anielska cierpliwość. Tego chłopaka bardzo trudno złamać swoim często bezczelnym zachowaniem. Stara zachowywać spokój i być radosnym do bólu. Kolejna rzecz to świetna spostrzegawczość i refleks. Te dwie cechy w połączeniu sprawiają, że chłopaka bardzo trudno zaskoczyć, gdyż po pewnym czasie przebywania z druga osobą, Gabi po prostu rozgryza jej zachowania i potrafi przewidzieć kolejny ruch, albo szybko zareagować na ten niespodziewany. Jest również osobą, która do perfekcji opanowała perswazję, więc nie jest mu trudno wyprowadzić kogoś na prostą. A wrodzony urok i "aura" dookoła niego przyciąga ludzi.
Słabe strony: Chłopak jest osobą, którą przeraża mrok i ciemność. Nie jest szczególnym fanem nocy i boi się chodzić podczas niej samemu. Kolejną wadą są jego zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Dezy potrafi myć dłonie czterdzieści razy dziennie i nienawidzi gdy jego kołdra spada z którejś strony. Gabriel zbyt łatwo wybacza i często przez to znowu dostaje nożem prosto w plecy.
Umiejętności fizyczne: Jeśli chodzi o zdolności fizyczne, Gabriel jest totalnym zerem. Jest niezwykle słaby i delikatny, jednakże jedną z rzeczy, którą robi w tym miarę dobrze jest... Ucieczka i zwinne wymiganie się z walki. Dzięki refleksowi bez problemu omija wszelkie zagrożenia z zewnątrz, a jego zwinność tylko mu w tym pomaga. Są to zalety bycia chudym i wygimnastykowanym. Biegać nie biega szybko, ale dzięki zastosowaniu slalomu i przeszkód skutecznie ułatwia sobie zwiewanie. Do tych silnych nie należy, więc tylko to go wyróżnia.
Umiejętności magiczne: Gabriel posiada zdolność wyczuwania bólu i jego powodu. Przez to właśnie został lekarzem. Za pomocą dotyku umie znaleźć ognisko bólu, ale nie tylko on może go wyczuwać. Jeśli dotknie dwóch osób naraz, na tą zdrową również przechodzi ta zdolność i dopóki Gabi dotyka obu, ta druga jest w stanie wyczuć ból tej pierwszej, nie tak wyraźnie jak Anioł, ale jednak.
Umiejętności intelektualne: Jeśli chodzi o intelekt, Gabriel nie jest tak okrojony jak w sile mięśni. Można by długo wymieniać, potrafi on czytać, pisać poezje i wierze, jest niezwykle kreatywny, ale również i inteligentny. Otwarty umysł pozwala mu szukać odpowiedzi na wiele pytań i znajdować kilkanaście różnych wyjść z trudnej sytuacji. Zdaje się jakby znał sposób na każdy problem. Zna kilka języków i płynnie się nimi posługuje. Posiada wiedzę na różne tematy i dalej ją chłonie niczym pojemna gąbka. Krótko mówiąc: Chłopak nie jest głupi.

Autor: Qjonka, rejnbowmarshmallow@gmail.com
SIŁA: 0  SZYBKOŚĆ: 35  ZWINNOŚĆ: 25  CZUJNOŚĆ: 35  WYTRZYMAŁOŚĆ: 5

30 maja 2016

Od Lily - CD. Sygny

Dzień zaczął się tak obiecująco. O dziwno nie wstałam dziś o 14.00, jak zwykle, gdy przesiaduje tak długo w pracowni i nie czułam się niewyspana. Miałam tak dobry humor, że podczas pielęgnacji włosów nuciłam pod nosem milutką melodyjkę. Złociste słońce rozświetlało każdy kąt w pokoju, z zewnątrz słychać było już jak miasto i jego mieszkańcy budzą się do życia. Siedziałam w swojej sypialni, przy toaletce czesząc dokładnie śnieżne loki, a Spartakus zasypiał na blacie jednej z komód.
Zignorowałam wczorajszy incydent. To tylko jeden obraz, nie trzeba z takiego powodu zaraz panikować i wzywać straż. Gdyby były to pieniądze oczywiście, że inaczej bym na to zareagowała.
Przyjrzałam się swojemu odbiciu analizując szczegóły. Nic nowego…
Ta sama trupio blada skóra, czerwone oczy i białe włosy spływające po plecach jak fale uspokojonego morza.Ponownie wzięłam do ręki pojedynczy gruby kosmyk i zaczęłam go rozczesywać.
Ten dzień miał być spokojny, ale…
Czynność przerwała mi nieznajoma osoba, która bezczelnie weszła do mojego domu i naskoczyła na mnie we własnej sypialni.
- Ty! – padło z ust nieznajomej oskarżycielskim tonem. Chwileczkę… znam tą kobietę.
To ta, która wczoraj w nocy chciała mnie okraść z dobytku. Widząc jak kroczy w moim kierunku z sztyletem w ręku poczułam jak serce skacze mi do gardła. Szczotka wypadła z ręki a ja wstała z krzesła i przyległam plecami do ściany. Nie potrafię się bronić, nawet nie wiem co mam w tej chwili zrobić.
Wyciągnęłam do niej ręce w geście błagania o litość.
- P-poczekaj!
Nagle na dole rozległo się głośne pukanie do drzwi i donośne ryki mężczyzn. Na ten dźwięk dziewczyna przestraszyła się. Strażnicy! Moja szansa!
Ona była jednak sprytniejsza. Biorąc mojego biednego Spartakusa jako zakładnika zmusiła mnie do bycia ulęgłą. Niektórzy by machnęli ręką. A Pff! Zwykły kot, nic mi po nim.
Dla mnie ten kot był jednak bardzo ważny. Był jak członek rodziny więc jego strata odbiła by się na mojej wrażliwej psychice jak śmierć mych rodziców.
Tak więc niepewnie zeszłam na dół aby otworzyć przybyłym. Serce uderzało o pierś jak by chciało z niej wyskoczyć.
Zaraz umrę i będzie ze mnie zimny trup!
Przełknęłam głośno ślinę chwytając klamkę. Pociągnęłam drzwi, a po drugiej stronie ujrzałam trzech zwalistych mężczyzn.
Jeden z nich chrząknął i spojrzał na mnie:
- Bądź pozdrowiona droga Pani. Dostaliśmy informację o włamaniu do Pani mieszkania. Moglibyśmy Panią przesłuchać?
Stałam przez chwilę udając, że rozmyślam. Tak naprawdę zastanawiałam się, który z moich wścibskich sąsiadów nagle postanowił się ,,zatroszczyć’’ o mnie i powiadomić o tym włamaniu. Że ci ludzie muszą ingerować w sprawy, które ich nie dotyczą.
Skinęłam głowę i wpuściłam całą trójkę do środka. Dwóch z nich zaczęło rozglądać się wokoło, a jeden stanął naprzeciwko mnie.
- Może Pani opisać wygląd złodzieja? – spytał.
Ukradkiem spojrzałam na tam tych dwóch w tyle. Jeśli pofatygują się aby pójść na górę i wywęszą tą dziewczynę...Wtedy ta historia i dla mnie będzie miała nieszczęśliwe zakończenie.
W odpowiedzi wzruszyłam tylko ramionami i wydukałam:
- Nie za bardzo pamiętam.
Muszę podać im fałszywe informację. Chryste, że akurat mnie takie coś spotyka.
- Był to wysoki mężczyzna, chyba miał rude… albo blond… Nie! Z pewnością miał rude włosy! Był szczupły i dobrze umięśniony…
- Jakieś szczegóły? Chodzi mi o twarz, umie ją Pani opisać?
- Nie, było przecież ciemno!
Pokiwał tylko głową i obrócił się do swoich kolegów po czym znów odwrócił się do mnie.
- Co ukradł?
- Obraz – powiedziałam cicho.
Mężczyzna spojrzał na mnie jak bym opowiedziała jakiś kiepski żart.
- Obraz? – powtórzył. Tak, obraz idioto…
- Zgadza się – wydukałam.
- Jest Pani pewna, że nie ukradł czegoś jeszcze?
- Tak, jestem pewna – po czym zaczęłam opisywać całą sytuację jaka zdarzyła się minionej nocy, z tym wyjątkiem,że złodziejem nie była ta blondyna, która aktualnie ukrywała się w mojej szafie tylko jakiś rudowłosy mężczyzna.
- Rozumiem – skomentował gdy skończyłam opowiadać.
- Obrazu może mi nie oddacie, ale na złapanie złodzieja macie jeszcze szanse – odparłam. Chciałam aby jak najprędzej sobie poszli i zostawili mnie w spokoju. Jednak oni jak by na złość wciąż węszyli myśląc, że wycisnął ze mnie coś jeszcze. Teoretycznie skrywałam coś co mogli by wiedzieć ale tutaj chodziło o życie mojego ukochanego futrzaka.
- To raczej wszystko – powiedziałam podchodząc do drzwi. Otworzyłam je i zaczekałam, aż gęsiego wyjdą wreszcie z mojego domu.
Podziękowali, pożegnali się, a ja dosyć chamsko zamknęłam im przed nosem drzwi. Nie będę dbać o kulturę, już ich nie lubię.
Poczułam jak kamień spada mi z serca i swobodnie mogę oddychać. Wspięłam się po cichu po schodach prosto do sypialni i stanęłam naprzeciwko szafy. Usłyszałam syknięcie Spartakusa alarmujące jego niezadowolenie.Nie martw się maleństwo. Nadchodzę z odsieczą!
Niepewnie rozchyliłam wrota szafy.
Dziewczyna zamrugała oczyma, oślepiona nagłym blaskiem. Kot zaś na mój widok zaczął próbować się wyrwać ale z marnym skutkiem.
- W-więc… nie zdradziłam cię. Oddaj mi mojego kota i opuść ten dom za nim obie wpadniemy w poważniejsze kłopoty – szepnęłam.

<Sygna?>

Od Lumeusa

Kolejną noc miałem za sobą... noc spędzoną na szpiegowaniu jakiegoś podejrzanego chłoptasia, który podobno parał się alchemią nie tam gdzie trzeba, a na dodatek nieumiejętnie przez co harmonia ziemi została zachwiana. Czy miałem na to ochotę? Phi... oczywiście, że nie, ale bałem się, że to ja zostanę w to wszystko wmieszany i mnie się oskarży o jakieś przestępstwa, a wtedy przysięgam... rozwaliłbym pół miasta. Tak więc spowiany księżycową poświatą poprzedniej nocy ukrywałem się w cieniach, mknąc nieprzerwanie za zakapturzoną postacią niosącą pod pachą pakunek, który był cennym obrazem niedawno przywiezionym do królestwa. W pewnym momencie po prostu dotknąłem ziemi, po której przebiegł granatowy wężyk, który z łatwością oplótł się wokół nóg chłopaka. Byłem pewien, że jest perfidnym złodziejem, a na dodatek stosuje podobne do moich techniki. Brakowało jeszcze tego, abym za kogoś bulił. Złapałem go za fraki z zamiarem nie małego nastraszenia go, a ten mi od razu zemdlał. No... dzięki, kolego! Pakunek rzeczywiście okazał się obrazem, ale nie tym, którego szukałem. Było to zwykłe dzieło amatora, które prawdopodobnie chłopak sam namalował no, ale... jak na moje oko było całkiem, całkiem. Pozostawiłem chłopaka w skrytym miejscu razem z jego obrazkiem, dotknąłem jego czoła, a po jego czaszce rozniósł się mały błękitny wężyk, który wymazał z jego pamięci mój wizerunek. Chłopak po obudzeniu nie będzie mógł w stanie sobie przypomnieć co się zdarzyło. Ja zaś wycofałem się, bardzo rozczarowany. Zaczęło świtać.
Zmęczony i wściekły wróciłem jako przegrany z mojej " misji ". Czekała mnie kolejna nocka poszukiwań. Na początku chciałem wrócić do domu i pójść spać, ale byłem zbyt głodny, by to zrobić, więc udałem się do pierwszej lepszej karczmy, by zjeść tam skromny posiłek i napić się jakiegoś dobrego alkoholu. Otworzyłem drzwi pierwszej z nich i na szczęście zastałem puste pomieszczenia. Jedynie jakaś kobieta wyminęła mnie w progu i zapewne nie uwierzyła temu co widzi. Prychnąłem tylko w jej kierunku i wszedłem do środka. Podszedłem do lady i czekałem chwilkę na obsługę. Powolnym krokiem zbliżył się do niej białowłosy mężczyzna, który starał się nie przyglądać mi się za bardzo. Zmierzyłem go gniewnym wzrokiem i trzepnąłem moim ogonem. Zamówiłem jakieś mięsne danie i do tego lampkę spirytusu z jakąś owocową nalewką dodającą słodyczy alkoholowi. Usiadłem przy jednym ze stołów kompletnie bez sił. Chciałem jak najszybciej wrócić do domu i się choć trochę przespać. Zanim jednak dostałem choć część mojego zamówienia w postaci alkoholu, na ulicy zrobiło się jakieś dziwne zamieszanie. Wyjrzałem ukratkiem na ulicę i zobaczyłem, że ludzie zaczęli uciekać w dzikim popłochu. Zerwałem się z krzesła w strachu, że to wojsko, z którym nie miałem ochoty się spotkać. Kiedy jednak wyjrzałem zza drzwi karczmy ujrzałem postać, która mężnie walczyła z bandą ulicznych bandytów.
- Bohater się znalazł, psia mać! - warknąłem pod nosem. Osiłków było może z ośmiu. Na jednego tyle ludzi? Mało fajne. Wzruszyłem ramionami i wróciłem do wnętrza karczmy, jednak zanim jeszcze usiadłem odgłosy walki się nasiliły. Zapewne moja lewa brew dostała epilepsji i zaczęła drgać niczym gitarowa struna. Odetchnąłem, by nie wyżyć się na kimś niewinnym i ponownie wyszedłem na zewnątrz budynku. Bohater zaczął słabnąć. Meh...
- Nie będę złym dzieckiem – szepnąłem do siebie. Ukratkiem dotknąłem ściany, a po niej zgrabnie przesunął się czarny wężyk, który raz dwa przeniósł się na brukowaną uliczkę i ominąwszy nogi zbójów zniknął, a wraz z nim zwinność pyszałków, którzy zaraz nie mogli ruszyć nogami w miejsca, w którym stali.
- No! Już ma o wiele łatwiej – nim się obejrzałem, ósemka przestępców była już nieźle pokiereszowana. Wspaniały dźwięk ciszy wypełnił ulicę, a ja ze wspaniałym humorem wróciłem na swoje miejsce w karczmie. Liczyłem na spokój. Nie dostałem go. Do lokalu wszedł domniemany heros, który tak dzielnie walczył z tymi zbójami.

<Ktoś ?>

28 maja 2016

Od Erica

Ubierając rano zwykłą, lnianą koszulę – bez żadnych ozdobników, czy wyszukanych ściegów – pomyślałem, że dobrze jest wrócić do swoich korzeni. W końcu nie urodziłem się władcą. Jako dziecko, nie uczyłem się etykiety i ładnych uśmiechów. Byłem jak każdy inny mieszkaniec Aqua'y i nigdy nie zamierzałem się tego wypierać.
Idąc wraz z rodzeństwem, ciasnymi, zatłoczonymi uliczkami Vonnborg czułem się, jakbym cofał się w czasie. Jakbym znów był tylko jednym z pracujących w mieście ludzi, wynajmującym kwaterę od kobiety która liczyła sobie sporo ponad cenę. Czując zapach ukochanego miasta, słysząc jego dźwięk miałem wrażenie, jakby nic się nie zmieniło. Miasto wody żyło swoim życiem, więc i reszta świata powinna.
Ale zmieniło się wszystko.
Ze smutkiem zauważałem, że ludzie w mieście wyglądają jak cienie. Wciąż rozmawiają i śmieją się, jak dawniej, jednak nie ma w tym tej radości, jaka zwykła cechować nasz lud. Dzieci i dorośli chodzili głodni, bo i tak małe zasoby jedzenia utrzymujące nas przy życiu w dużej mierze odchodziło na utrzymanie wojska toczącego nie naszą wojnę. Również my – partyzanci – mieliśmy udział w głodzie i smutku sprowadzonym na miasto, a i zapewne całą resztę kraju. Kradniemy jedzenie i inne zasoby sprowadzane z Królestwa Fuego. Okradamy jednak nie tylko samozwańczego władcę, ale również ludzi o których los powinienem się troszczyć.
Na ramieniu poczułem poczułem uścisk czyjejś małej dłoni. To Dena próbująca wyrwać mnie z zamyślenia i zwrócić na siebie moją uwagę.
- Nie powinno nas tu być – powiedziała półszeptem patrząc mi w oczy. - To zbyt niebezpieczne. A co, jeżeli ktoś cię złapie?
- To misja jak każda inna – rzucił Thales w odpowiedzi. - Kiedy wykonamy zadanie, wrócimy do obozu.
Dena miała rację, że się martwiła. Strażnicy nowego władcy byli wszędzie. Patrole przedzierały się przez ulice, zmuszając nas do ciągłej czujności. Nie potrafiłem sobie wyobrazić co by się stało, gdyby jeden z nich rozpoznał we mnie dawnego króla. Najpewniej by mnie stracono. Może przedtem torturowano. Fuegończycy są dobrzy w torturach.
Również, nie byłem potrzebny do tej misji. Inni równie dobrze daliby sobie radę. Może nawet lepiej poradziliby sobie w sytuacji zagrożenia. To było samolubne, wyruszać razem zresztą grupy. I dlaczego? Bo tęskniłem za miastem? Bo zaczynałem wariować, przebywając wciąż w lesie? Narażałem tym nie tylko siebie ale i Denę, jak i całą resztę naszej grupy, jeśli coś pójdzie nie tak.
- Myślę, ze powinniśmy się rozdzielić – odezwała się Jill, wciąż uważnie obserwując otoczenie. - Szyciej wszystko załatwimy a i dostrzec nas w tłumie będzie trudniej. Ja z Thalesem...
- Nie – powiedziałem z lekkim rozbawieniem – Nie ma mowy, żebyście razem gdzieś szli. Wszyscy wiemy jak to się skończy
Widziałem udawane oburzenie na twarzach obojga. Spojrzeli po sobie, po czym znów zwrócili się do mnie.
- Jak śmiesz – rzucił Thales. Zaczęła się długa dyskusja o byciu dojrzałym i zaprzestaniu głupich zabaw na rzecz „wyższego dobra” która jak zwykle zakończyła się kłótnią i przepychanka tej dwójki. Spojrzeliśmy na siebie z Deną, nie wierząc że po raz kolejny wszystko kończy się w taki sam sposób i tymi samymi wyzwiskami. Czasem w takich chwilach zastanawiałem się, jak bardzo z siostrą przypominamy rodziców, znudzonych już wygłupami swoich dzieci podczas gdy innych wciąż one zaskakują.
Niestety, zażarta kłótnia Jill i Thalesa przyciągnęła czyiś niepożądany wzrok.
- Strażnik – pisnęła Dena, która jako pierwsza zauważyła go kroczącego w naszą stronę. Rodzeństwo od razu zaprzestało sporów. W moich myślach, strażnik już do nas podchodził, rozpoznawał mnie, aresztował całą czwórkę, a potem znęcał się nad jedynymi bliskimi mi osobami. Czułem, że zaczynam wpadać w panikę. Wiedziałem, ze nie zniósł bym tego po raz kolejny.
Wszystko działo się jak we śnie. Chwyciłem rękę Jill i pchnąłem ją w stronę Deny, karząc obu się gdzieś schować, uciekać. Rudowłosa protestowała chcąc walczyć, jednak razem z Thalesem jakoś zdołaliśmy zmusić ją do biegu za starszą siostrą.
Zostaliśmy we dwójkę, a strażnik wciąż się zbliżał. Spojrzeliśmy na siebie przelotnie. Widziałem przerażenie w oczach brata, jednak nic nie mogłem na to poradzić. Podejrzewałem, że on to samo widział w moich oczach. Strach i bezradność. Bez słów, każde z nas ruszyło inną uliczką, chcąc jak najbardziej oddalić się od miejsca zdarzenia i strażnika.
Przepychając się między ludźmi myślałem tylko o tym, by jak najszybciej dobiec do jakiegoś placu. Z jakiegoś powodu sądziłem, że plac był jedynym, co może mnie uratować. Więc kluczyłem między uliczkami, nie zwracając uwagi w którą stronę biegnę ani jakie budynki mijam, aż w końcu wypadłem na mały targ. Stanąłem u wylotu uliczki, nie wiedząc co robić. Dotarłem do placu, i co teraz? U wylotu kolejnej uliczki stał strażnik, taksując zebranych spojrzeniem, obserwując wszystkich i widząc wszystko. Nie mógł być to ten sam, który nas gonił, ale miałem wrażenie, że dokładnie wie kim jestem. Wie, że uciekam. Wie wszystko. Czułem na sobie jego wzrok, choć nawet nie zwrócił na mnie uwagi.
Wszedłem dalej między ludzi, przepychając się w tłumie i patrząc ponad głowami innych, szukając znajomego błysku strażniczego hełmu. Miałem wrażenie, że są wszędzie. Otaczają mnie, pozostając ukrytymi w tłumie, zwabiają w pułapkę.
Chcąc znów rzucić się do ucieczki, wytrąciłem jakiejś kobiecie koszyk, posyłając całe jej zakupy na bruk.
- Proszę o wybaczenie – rzuciłem pod nosem, schylając się po rozrzucone przedmioty.


<Lily?>

26 maja 2016

Od Daphne Kalipso

Ciemność, która otaczała dziewczynę była tak nieprzenikniona, że nie mogła dostrzec nawet własnej, wyciągniętej tuż przed twarzą dłoni, a co dopiero drogi, którą biegła. Jedyną wskazówką, że porusza się wciąż do przodu były odgłosy pościgu za jej plecami. Nie była w stanie biec, musząc wciąż wyszukiwać palcami ściany, wzdłuż której starała się iść. Starała się zachować spokój, jednak czuła, że ścigający ją ludzie są coraz bliżej. Wręcz czuła już na nadgarstkach chłód kajdan, w które ją zakują gdy w końcu ją dogonią.
Nagle, z ciemności wyskoczyła na światło powoli chowającego się za odległymi górami słońca. Niebo barwiło się na ognisty pomarańcz jeszcze potęgując scenę rozgrywającą się na dnie urwiska, tuż pod stopami dziewczyny. Ogromna metalowa klatka zawieszona była w powietrzu a wraz z nią uwięziony w niej człowiek. Nie można było dostrzec jego twarzy schowanej między rękami, tylko burzę długich prawie białych włosów opadających na ramiona. Zdawał się nawet nie zauważać buchających i osmalających klatkę płomieni. Trwał tylko w tej jednej pozie, skulony w rogu swojego więzienia.
Dziewczyna zrobiła krok naprzód, słysząc doganiający ją pościg. Próbowała znaleźć jakąś drogę ucieczki jednak jej wzrok wciąż powracał do klatki pod jej stopami. Chciała rozejrzeć się czy może ze skalnej półki na której się znalazła nie ma jakiegoś zejścia ale w chwili gdy wychyliła się za gzyms, poczuła, jak chwieje się i spada w przepaść. Upadek zamortyzował chłód, który nagle otoczył ją ze wszystkich stron. Przeszywał jej ubranie, wlewał się do butów, przedzierał się przez pasma włosów. Chłód tak przejmujący, że wyciskał jej powietrze z płuc i wkradał się do nich w zamian. Próbowała wziąć wdech, jednak chłód był już wszędzie. Dusiła się, czując łzy spływające po jej policzkach. Wiedziała, że to jest jej koniec.
*** 
Obudziłam się w środku nocy, dysząc ciężko z przerażenia. Przez chwilę bałam się, że faktycznie nie jestem w stanie złapać oddechu. Że nie jestem w stanie nabrać w płuca wystarczającej ilości powietrza. W oczach pojawiły mi się łzy przerażenia.
Zakryłam usta dłonią, by powstrzymać szloch. Nienawidziłam tego typu snów. Fragmenty były zbyt realistyczne i zbyt przerażające. Całymi dniami chodziłam potem podenerwowana, skupiona, pewna, że coś mi zagraża. Każdy szelest i szmer stawał się podejrzany, nawet moje własne kroki, zdawały się być zbyt głośne, a ruchy zbyt widoczne dla otoczenia.
Usiadłam wygodniej na łóżku. Cienki koc przykrywał tylko moje kolana, zostawiając całą resztę nagą i mimo, że czułam na sobie lepki pot, moim ciałem wstrząsały dreszcze. Przez okno, do małego pokoiku wpadały blade promienie księżyca, oświetlając drewniane ściany, ciasne, drewniane łóżko ze skotłowaną na nim pościelą i mnie, próbującą uspokoić oddech, by nie zbudzić leżącego obok mężczyzny. Wpatrywałam się w srebrną kulę w duchu ciesząc się, że tej nocy nic nie zasłania jej blasku. Ciemność, choć była moim sprzymierzeńcem, po tego typu snach była przerażająca. Przypominała, że tak naprawdę, jestem sama.
Spojrzałam na twarz mężczyzny wtuloną w poduszkę. Nie chciałam być sama. Nigdy tego nie pragnęłam, a jednak stałam się samotna w swojej podróży. „Nie ufaj nikomu” to powtarzałam sobie każdego dnia. „Nie przywiązuj się”.
Samotność to nie wybór. To inni ludzie sprawiają, że jest się samym. Uśmiechają się, rozmawiają, skłaniają do zwierzeń. Sprawiają, że zaczyna ci zależeć, a potem pozbywają się ciebie, jak pozbywa się resztek jedzenia ze stołu. Ludziom nie można ufać. Nie można się do nikogo przywiązać.
Na brzuchu poczułam ciepły dotyk dłoni, odganiający wszelkie koszmary. Znów zerknęłam na mężczyznę, wciąż mającego zamknięte oczy, jednak powoli się przebudzającego. Uwielbiałam życie z nim. Nieskomplikowane jak on sam. Łatwo mi było wyobrażać sobie, że przy nim zostaję. Nie na dzień, czy miesiąc. Ale na resztę życia. Prostego, dobrego życia. Potem jednak budziłam się z marzeń. To życie było kłamstwem. Związek z nim był kłamstwem. Ja byłam kłamstwem. Gdyby ten dobry, przyjazny i serdeczny mężczyzna dowiedział się, kim jestem naprawdę, jaka jestem i co robiłam, by przeżyć, nie byłby tak czuły jak był w tamtej chwili.
Spojrzałam znów na księżyc, jaśniejący ponad odległymi górami i już wiedziałam, że spędziłam stanowczo za dużo czasu, ukrywając się. Najwyższy czas, by porzucić swą rolę i stać się na powrót sobą. Złapałam dłoń, przesuwającą się po moim brzuchu powoli ku udom. Gdybym na to pozwoliła, mężczyzna dobudziłby się, a ja straciłabym szansę na odejście. Znałam siebie i zdawałam sobie sprawę, że jeżeli nie opuściłabym tego miejsca tamtej nocy, minęło by sporo czasu, nim znów bym się do tego zmusiła.
Odsunęłam od siebie rękę mężczyzny, na co on mruknął niezadowolony w poduszkę.
- Śpij. Zaraz wrócę – szepnęłam, zsuwając się z ciasnego łóżka. Stojąc na chłodnych deskach, powoli wracałam do siebie. To nigdy nie było i nie będzie moje życie. Nauczyłam się tego już dawno, a jednak wciąż coś kusi mnie w spokoju i ciszy panującej na wsiach.
Upewniwszy się, że mój partner na powrót zasnął, zaczęłam krążyć po pokoju zbierając swoje rzeczy. Zakładając lekko zużyte już spodnie, w których zazwyczaj podróżowałam, dotarło do mnie, jak za tym tęskniłam. Może i życie które wiodłam było ciężkie i wymagało wielu wyrzeczeń, ale było dokładnie tym, czego od dziecka pragnęłam.
Srebrna tafla księżyca śledziła mnie, gdy ze skórzanym plecakiem na ramionach, przemierzałam pustą ulicę, kierując się w gęstwiny lasu, gdzie od dawna wyczekiwał na mnie mój jedyny przyjaciel. Odetchnęłam głęboko chłodnym, nocnym powietrzem. Strach minął, a ja znów byłam sobą.
***
Duchota i nieustannie grzejące nad Królestwem Tierry słońce dawało mi się we znaki. Można by pomyśleć, że po tygodniach tam spędzonych, przyzwyczaiłam się do tego typu pogody, jednak w rzeczywistości, z każdym dniem czułam się coraz gorzej. Nawet skrytej pod gęstą koroną drzew, było mi za gorąco. Jakby nawet cień ustępował znęcającemu się nad mieszkańcami tej krainy słońcu. Ledwo mogłam oddychać ciężkim powietrzem i nawet w nocy nie przestawałam się pocić.
Otaczające mnie ciepło usypiało. Zauważyłam to już wcześniej, jednak teraz senność stawała się naprawdę niebezpieczna. Wiele słyszałam o potworach żyjących w rozległych lasach Tierry. Były równie niebezpieczne, co morza otaczające Aquaię. Nieprzeniknione, niezbadane... Łatwe do zgubienia drogi.
Rozglądałam się po otaczających mnie drzewach, zdając się na zmysł kierunku tygrysa. Szukałam wszystkiego, co mogłoby okazać się przydatne. Zbiorników wodnych, miejsc dobrych na kryjówkę... lub zasadzkę.
Od kilku dni, ktoś mnie śledził. Dość nieudolnie, trzeba to było przyznać. Starał się iść na tyle daleko, bym nie mogła go zobaczyć, jednak doskonale go słyszałam. Bez problemu mogłam podejść w nocy na tyle blisko, by czystym strzałem pozbyć się problemu na dobre, choć ten ktoś, kimkolwiek był, nigdy nie odważył się podejść bliżej.
Zastanawiałam się nad zignorowaniem całej sprawy. Ignorowaniu natręta, dopóki nie doszlibyśmy do pierwszego większego miasta, gdzie bez trudu zniknęłabym mu z oczu... Jednak ta osoba, w całej swojej niezgrabności w poruszaniu się, sprowadzała na mnie niebezpieczeństwo. Ślady ognisk, jakie po sobie pozostawiał sprowadzały na nasz ślad ludzi, jednak hałas jaki robił wokół siebie, próbując iść za mną mógł zwabiać te wszystkie stworzenia, które żyły pomiędzy drzewami.
W końcu dostrzegłam okazję, której szukałam. Z zasadzką chciałam poczekać do zmroku, ale po co czekać, aż coś mnie w końcu zaatakuje? Lepiej zaatakować samemu. Pomiędzy drzewami dostrzegłam niewielką wolną przestrzeń – polanę, choć było to zdecydowanie przesadzone słowo. Skierowałam tam swojego „wierzchowca”. Gdy tylko zdjęłam z barków zwierzęcia siodło, czmychnęło pomiędzy drzewa. I tyle go widziałam.
Nieśpiesznie zajęłam się rozbijaniem obozowiska, jednocześnie czekając na swoją ofiarę. Gdy wszystko było już przygotowane, postanowiłam rozejrzeć się za odrobiną wody. Nie sądziłam, że będę jej potrzebowała aż tak dużo. Obozowisko, umyślnie zostawiłam bez opieki. Nie zdążyłam jednak odejść nawet sto metrów od polany, gdy między drzewami usłyszałam znajomy dźwięk który mógł wydawać jedynie mój biały przyjaciel. Bez namysłu ruszyłam z powrotem lekkim łukiem, chcąc wejść na polanę inną stroną, niż ją opuściłam.
Tak jak myślałam. Szczur wpadł prosto w moje sidła. Stał do mnie tyłem, sparaliżowany ze strachu przed krążącym w tę i wewte tygrysem, ewidentnie szykującym się do ataku. Nie siląc się nawet na wytwarzanie jakiejkolwiek broni, kilkoma szybkimi ruchami znalazłam się za plecami ofiary, wykręcając jej ręce do tyłu i pochylając się tuż nad jej uchem.
- Dlaczego nie miałabym cię teraz zabić – wysyczałam wściekła.

<kim jesteś...szczurze?>

15 maja 2016

Od Erica

Czas, jak na złość, zdawał się stać w miejscu. Wydawało mi się, że od wieków już czekam na pojawienie się jednego z dowódców, podczas gdy w rzeczywistości minęło zaledwie kilka minut odkąd po niego posłałem.
Podenerwowany, nie mogłem usiedzieć na miejscu, skupić się na swoich obowiązkach, chodząc w kółko po namiocie. Przeczesałem włosy rękoma, wyobrażając sobie najgorsze scenariusze. Tak wiele rzeczy mogło pójść nie tak... Czułem jak zwierzę wewnątrz mnie budzi się ze snu, ospale otwiera oczy, czując mój niepokój. Zaciskając pięści, dalej krążyłem po niewielkim pomieszczeniu, starając się pamiętać o oddechach.
Poły namiotu rozsunęły się, a do środka wszedł niski mężczyzna w lekkiej zbroi ze skóry. Mógłby być moim ojcem, a jednak to on czuł respekt przede mną. Skłonił głowę w uznaniu i wyprostował się, jak prawdziwy żołnierz. Za nim, do namiotu weszła Dena – niska, skromna i trochę zdenerwowana. Przestępowała z nogi na nogę, tak jak ja nie mogąc nawet chwili ustać w miejscu. Nie mówiłem jej w jakim celu wzywam dowódcę, ale skoro była tak niespokojna, musiała już coś wiedzieć. Coś złego? Coś się stało?
- Czy mój b... - zawahałem się. Ostrzegano mnie by się zbyt nie spoufalać z żołnierzami, by używać tylko oficjalnych tytułów dla bezpieczeństwa swojego jak i rodziny. W przypadku mojej rodziny, nie chodziło tylko o bezpieczeństwo, ale również ich poważanie wśród innych. Gdyby ktoś dowiedział się, że jeden z nich jest bratem króla, zapewne nie patrzyliby na niego już w taki sam sposób. Nie szanowaliby tak, jak to robili do tej pory. Dlatego wziąłem głęboki wdech, starając się nadać sobie władczy wygląd, do którego przywykli moi generałowie. - Czy Trzynasty Oddział wrócił już z wybrzeża ?
Dena, stojąca za generałem zmarszczyła brwi, próbując zrozumieć, o co właściwie mi chodzi. Widziałem, jak w jej oczach pojawia się zrozumienie, które szybko znów przemienia się w niepokój. Choć to ja byłem z czwórki rodzeństwa najstarszy, to właśnie Dena była dla nas jak druga matka, i to z nią rozumiałem się najlepiej. Pod wieloma względami byliśmy podobni. Oboje zawsze martwiliśmy się o resztę.
- Są w obozie już od dobrej godziny – powiedział mężczyzna ewidentnie zaskoczony pytaniem. - Nikt Króla nie powiadomił o...
- Dziękuję, możesz odejść – wszedłem mu w zdanie. Byłem zbyt zaaferowany by nawet zaczekać na jego wyjście. Wyminąłem go, wychodząc z namiotu i szybko ruszyłem między namiotami.
Obozowisko, wciąż się przesuwało, utrudniając obecnym strażom znalezienie nas, dlatego jedyne na co mogliśmy sobie pozwolić to namioty, rozkładane pomiędzy pniami drzew. Zdawało się jednak, że nikomu to nie przeszkadza. Żołnierze byli przyzwyczajeni do ciężkich warunków dzięki szkoleniom, a reszta, która do nas dołączyła, w większości nie miała możliwości przyzwyczajenia się do luksusów.
Usłyszałem za sobą pośpieszne, drobne kroki, więc trochę zwolniłem wiedząc, że to Dena próbuje mnie dogonić na swoich krótkich nóżkach. Zdyszana w końcu się ze mną zrównała, choć wciąż musiała się wysilać by dotrzymać mi kroku.
- Do oddziału trzynastego należy Thales, prawda?
Nie odpowiedziałem
- Czy coś się stało? Został ranny lub go pojmano?
- Nie chodzi o Thalesa. - powiedziałem z wahaniem. - Zabrał ze sobą Jill – starałem się być spokojny, jednak gdy chodziło o rodzinę, szybko traciłem zimną krew. Nie potrafiłem jasno myśleć. Moje wewnętrzne zwierze zaczynało szczerzyć zachłannie kły wyczekując chwili by się uwolnić z kajdan, jakie na nie nałożyłem.
Przez chwilę Dena cicho szła obok mnie, zastanawiając się. Wiedziałem, co spróbuje zrobić. Będzie chciała jakoś usprawiedliwić brata, znaleźć nieistniejącą wymówkę, bronić go. W tym się różniliśmy. Ja wiedziałem doskonale, jak nieodpowiedzialny potrafi być Thales i jak porywcza bywa Jill.
- Może wcale nie? Wiesz, jaka jest Jill, mogła dołączyć bez jego wiedzy... Bez niczyjej wiedzy.
Westchnąłem głośno, kręcąc głową. Właśnie tego się spodziewałem.
- Nie mogła zrobić tego sama. Przed wyjściem z obozu ktoś powinien ją zatrzymać. Ktoś czyli Thales bo to on dowodził tym oddziałem.
Nie miała okazji już nic więcej powiedzieć, bo właśnie weszliśmy do namiotu naszego brata. Siedział przy stole razem z Jill, jak zwykle się kłócąc, jednak gdy weszliśmy, oboje wstali jak porażeni. Rzadko kiedy bywali tak zgrani jak w tej chwili, gdy rudowłosa wycofała się ze skruszoną miną w głąb, a ciemnoskóry wyszedł w moją stronę z uniesionymi uspokajająco dłońmi.
-Wiem, że jesteś zły... - zaczął Thales, jednak szybko mu przerwałem.
- Nie masz pojęcia, jak jestem wściekły. Wychodziłem z siebie, zamartwiając się o was, jednak nie to jest najgorsze.
-Daj spokój, braciszku – odezwała się Jill, odzyskując swój zwyczajowy rezon. Z uśmiechem postąpiła w naszą stronę. - Nic mi się nie stało. Powinieneś mnie tam widzieć. Byłam świetna!
W tamtej chwili nie byłem już sobą. Zupełnie nie obchodziło mnie, co Jill ma do powiedzenia. Wiedziałem, że jest dobra jeżeli chodzi o walkę, wciąż jednak była tylko dziewiętnastolatką. Nie powinna uczestniczyć w walkach i nie powinna ignorować wydanych jej rozkazów.
Wziąłem kilka głębokich, oczyszczających wdechów, odganiając wszelkie uczucia i przywołując w myśli słowa dawnej królowej. Musiałem nauczyć się oddzielać sprawy rodzinne od służbowych.
- Zachowałeś się skrajnie nieodpowiedzialnie. Nie jak dowodzący, a jak dzieciak, który nie potrafi przewidzieć niebezpieczeństwa – zwróciłem się do Thalesa. Po jego minie widziałem, że jest jednocześnie zaskoczony moim nagłym wybuchem i zły wypowiedzianymi przeze mnie słowami. Zerknąłem jeszcze raz na Jill, która z założonymi rekami stała obok. - Zostajesz zawieszony, ona też. Do odwołania, nie wolno wam opuszczać obozu.
Rzuciłem obojgu chłodne spojrzenie i ruszyłem w stronę wyjścia, słysząc za sobą ich narzekania i Danę, próbującą jakoś załagodzić sytuację. Cała trójka ruszyła za mną, chcąc całą sprawę jeszcze raz przedyskutować.
- Puszczajcie mnie! - usłyszałem nagle przebijający się przez ogólne zamieszanie w obozowisku głos. - To pomyłka!.
Cała nasza czwórka nagle umilkła, próbując zlokalizować właściciela ów głosu. Za drzewami, dobrych pięćset metrów od nas, ktoś szamotał się z grupą naszych strażników, próbując się im bez powodzenia wyrwać.

Spojrzeliśmy z rodzeństwem na siebie, i bez zbędnego gadania ruszyliśmy w tamtą stronę chcąc dowiedzieć się, o co właściwie chodzi.

<ktoś?>
Szablon wykonany przez Tyler
Strona główna Starsze posty