F

Na koniec... raczej na początek

Każdy z nas jest pi­sarzem i na­pisze tyl­ko jed­na idealną książkę. Co dzień tworzy no­wy roz­dział. Bo­hater przeżywa wiele przygód, spo­tyka set­ki osób. Ak­cja toczy się od poczęcia po samą śmierć. Ty decydujesz co dzieje się w trakcie.
Pięć Królestw to grupowy blog opowiadający historie pięciu narodów żyjących na pięknych terenach kontynentu Amazji. Dołączając wcielasz się w średniowiecznego mieszkańca tego tajemniczego świata. Przygoda czeka na każdym kroku.
Aby dołączyć musisz:
1) przeczytać regulamin
2) wysłać formularz
3) wysłać pierwsze opowiadanie
4) wstawić baner 5K w dowolnym miejscu
Więcej w zakładce Formularz.

18 września 2016

Anthony Darenfeld

Dane personalne
Imię i Nazwisko: Anthony Darenfeld
Pseudonim: Anth
Data urodzenia: 5 maja
Wiek: 18 lat
Stanowisko: Błazen, zabawiający wszelakich nadwornych.
Płeć: Mężczyzna
Królestwo: Aqua'y
Aparycja
Kolor oczu: Bursztynowe
Kolor włosów: Brązowy
Wzrost: 179 cm
Znaki szczególne: Posiada kolczyki w uszach, a także często zostawia na twarzy rozmazany makijaż klauna
Opis fizyczny: Chłopak nosi zawsze idealnie ułożone włosy, w które często wplata kwiaty, bądź w doskonałym ładzie wpina gałązki wybranych - ładnie pachnących drzew. Posiada delikatne rysy twarzy, a także zgrabną sylwetkę, nieumięśnioną, a raczej mówiąc kolokwialnie; normalną. Należy do osób szczupłych, natomiast jego bursztynowe oczy potrafią zgłębić drugiego człowieka w krótkim czasie. Delikatne malinowe usta i lekko zaczerwieniony nos. Wyróżnia się dość jasną karnacją i nieco spiczastymi uszami. Jego dłonie często drżą, co spowodowane jest brakiem kilku witamin. Często ubiera się w ciemnozielone koszule, bądź bluzki, a także zakłada tanie pierścienie na palce. Posiada jedyny ważny dla siebie amulet, mianowicie króliczą łapkę, którą nosi zazwyczaj w lewej kieszeni.
Informacje fabularne
Rodzina: X
Środek transportu: Niedźwiedź 
Cel: Życie przepełnione śmiechem i uśmiechami ludzi.
Historia: Przez większość swego dość jeszcze krótkiego życia, funkcjonował dzięki cyrkowi objazdowemu. To w nim nauczono go radości z życia oraz gry na wielu instrumentach. Początkowo występował jako pomocnik magika, gdy miał zaledwie siedem lat. Jego awansem była kolejno rola klauna, ale gdy odkryto w nim nadnaturalne moce, za zgodą chłopca przeniesiono go do sekcji Domu Osobliwości, przez co zamieszkał w wozie na kołach z dziewczynką, która na swych łydkach i rękach posiadała łuski, przez co nazywano ją Matką Węży. Bardzo umiłował sobie również tresera zwierząt, miłego, szczupłego mężczyznę, który zawsze nosił na głowie słomiany kapelusz, a część jego twarzy przysłaniały kręcone włosy, krótka broda i zakręcone wąsy, które bardzo pielęgnował i lubił. Wraz z nimi podróżował też lalkarz, bliźniaczki spacerujące po linie, połykacz mieczy, magik ze swą asystentką, żongler ognia oraz niewielka trupa tancerzy. Cyrk przewoził niedźwiedzia, konie, a nawet starego lwa, który traktowany był z największą miłością. Niegdyś przyjazny treser o zakręconych wąsach pokazywał najprzeróżniejsze akrobacje owego lwa, niestety lata mijały, przez co później jedynie jął wychodzić z nim i pokazywać kilka psich sztuczek. Każdy zasługuje na odpoczynek. Tym bardziej jeśli się na niego zasłuży. Kiedy chłopak miał blisko dwunastu lat, cyrk nabył niedźwiedzia, który jak się okazało, był brzemienny, przez co mieszkańców cyrku nieco przybyło. Maleństwami opiekował się od początku każdy, a te stopniowo oswajały się z ludźmi i miejscem. Czas płynął, a Anthony dorastał, cyrkowcy starzeli się, przez co niektórzy nie mogli wykonywać swoich zawodów. Również z biegiem lat, znaleźli się przeciwnicy cyrków, którzy którejś nocy podpalili obóz, część zwierząt udało się uratować. W pożarze spłonął niemalże cały dobytek trupy. Zginęło kilku tancerzy i asystentka magika.Niestety przeciwnicy na płomieniach nie spoczęli, magik, czyli założyciel cyrku kazał uciekać Anthonyemu wraz z wężową dziewczynką i bliźniaczkami, bowiem byli najmłodsi. Mieli zostawić wszystko i ratować siebie. Każde z nich zabrało ze sobą jedno zwierzę. W przypadku jasnowłosych bliźniaczek były to siwe konie, które spłoszone, próbowały wydostać się z zagrody.  Matka Węży pochwyciła kasztanowatą klaczkę, natomiast chłopak dostrzegł jednego z niedźwiedzi, który z czasem wytresowany i oswojony, nie raz dawał się dosiąść nastolatkowi. Bez zastanowienia podbiegłszy do niego, szepnął, iż muszą pożegnać dawne życie, a potem chwyciwszy jego sierść ruszył przed siebie, za dziewczynami. Nie chciał ich zgubić, nikt nie chciał się rozdzielić. Kiedy uznali, że w danym miejscu nic im nie grozi, zatrzymali się skryci za drzewami. Rzucili smutne spojrzenia w stronę płonącego obozowiska. Nikt nie potrafił powstrzymać łez, nawet on, zawsze wesoły błazen, dał upust emocjom. 
Opis osobowości: Niektórym może się zdawać, iż wieczny uśmiech na twarzy Anthonyego to po prostu efekt niezrównoważenia. To nie do końca prawda, bowiem chłopak najzwyczajniej w świecie należy do grona optymistów. Zawsze wierzy, że wyjdzie się z każdej sytuacji i wcale nie będą to najbardziej obskurne drzwi. Nie przeszkadza mu ból i cierpienie cielesne, być może miewa skłonności masochistyczne. Może gdzieś w środku kryje się w nim mimo wszystko mały szaleniec i lata w cyrku objazdowym dają się we znaki. Nigdy nie daje po sobie znać, iż czymś się przejmuje, przeciwnie; każde złe słowa obraca w żart. Kuszą go również ciała pięknych kobiet, którym zwyczajnie jako młody mężczyzna nie potrafi się oprzeć. Ma skłonności do popadania w długi, choć stara się z tym walczyć. Często pomaga, głównie tym biednym i schorowanym, zapłatą dla niego jest zwyczajny uśmiech. Uśmiech tych najbardziej potrzebujących. Czasami potrafi wyłączyć się z rozmowy, przechodząc do tego drugiego świata, bardziej kolorowego, gdzie wszystko zdaje się być o wiele szczęśliwsze.
Umiejętności, zainteresowania
Hobby: Zabawianie ludzi, gra na skrzypcach, fortepianie, wiolonczeli
Mocne strony: Szeroki uśmiech niezależny od sytuacji
Słabe strony: Zawsze przerażały go pająki. Jego wadą charakteru jest również brak okazywania uczuć, czy większych emocji.
Umiejętności fizyczne: Opanowana niemal do perfekcji walka kosą.
Umiejętności magiczne: Włada  żywiołem ziemi.

Autor: Howrse: Arkona, mail: maxxuellx@gmail.com, GG: 55470264

SIŁA: 10   SZYBKOŚĆ: 30   ZWINNOŚĆ: 30   CZUJNOŚĆ: 10   WYTRZYMAŁOŚĆ: 20

7 lipca 2016

Od Reiny - CD. Lumeusa

 Zapadła noc. Z ulic poznikali ludzie, a miasto wypełniła cisza i mrok. Nieliczne powozy przejeżdżały jeszcze przez ulicę, zdarzali się też wędrowni podróżni. Księżyc przejął panowanie nad granatowym niebem, a gwiazdy były mu towarzyszyły. Siedziałam na jednym z dachów budynków i obserwowałam gwieździste niebo. Zawsze piękne, zawsze cudowne, zawsze magiczne. Z uśmiechem patrzyłam na małe świecące punkciki. Na chwile przeniosłam wzrok na ulicę. Znowu jakiś podróżnik na koniu pomyślałam śledząc wzrokiem zakapturzonego mężczyznę na gniadym koniu. Nie mogłam dostrzec ani twarzy, ani ubrania. Jedynie z sylwetki wywnioskowałam, że był mężczyzną. Jednak dużo bardziej interesował mnie koń. Zawsze bardziej interesują mnie konie. Zwierzę z gracją stąpało po kamiennej drodze. Miało delikatnie spuszczoną głowę i założone na pysk ogłowie z czarnej skóry. Czarna grzywa średniej długości opadała na gniadą szyję wierzchowca. Kojarzyłam tego konia, nawet nie wiem skąd.  Niespodziewanie rumak uniósł wyżej łeb, gdyż jego jeździec gwałtownie pociągnął za wodze. Przekręciłam delikatnie głowę ze zdziwienia. Czemu chciał szybko zatrzymać konia?
 - Tędy, tędy! Szybko, zanim ktoś się zorientuje! – usłyszałam nagle z dołu męski głos i nie należał on do osobnika na koniu. Ów mężczyzna rozejrzał się szybko po czym zawrócił konia i skręcił za róg budynku. Przyglądałam się całej sytuacji uważnie. Po chwili, z wąskiej uliczki wyszła szóstka mężczyzn. Czterej z nich nieśli kogoś, a dwójka pozostałych ich asekurowała. Rozejrzeli się wokół, a potem przeszli do kolejnej wąskiej uliczki. Zaciekawiona tym, gdzie zmierza ów szóstka oraz tym, kogo niosą, ruszyłam za nimi. Podniosłam się, po czym rozpędziłam się i wskoczyłam na kolejny dach. Potem na kolejny i spojrzałam w stronę, gdzie znikł zakapturzony jeździec. Jegomość skrył się wraz z koniem za rogiem. Widząc, że mężczyźni przechodzą do kolejnej alejki, ruszył za nimi. Ciekawe czemu on za nimi idzie. W razie czego się jakoś z nimi dogada albo zawalczy. Przeskoczyłam na kolejny dach i byłam już nad osobnikami, którzy mnie zaciekawili. Spojrzałam w dół z dachu. Dokładnie w tej wąskiej uliczce szli. Przyjrzałam się temu, którego nieśli. Miał na sobie czarny płaszcz, ale główna jego część wlokła się po ziemi. Pomimo to nie mogłam odgadnąć kto to był. Wzruszyłam ramionami i ruszyłam dalej po dachach za nimi. Cicho przeskakiwałam z jednego na drugi, stawiając ostrożnie kroki. Po jakimś czasie wiedziałam już gdzie idą. Był to stary opuszczony budynek stworzony z drewna. Nie był duży i pewnie jego wnętrze było ubogie. Więc czego oni tam szukają? Najprawdopodobniej w środku nie było nic cennego. No chyba że ja czegoś nie wiem. Gniady koń i jego pan również wytrwale podążali za szóstką mężczyzn. Prychnęłam cicho.
 Minęło trochę czasu zanim dotarli do swojego celu. Rzeczywiście miałam rację. Zatrzymali się wszyscy przy wejściu do starego budynku. Przed nim stała dwójka mężczyzn. Może nie byli jakoś specjalnie uzbrojeni, ale w rękach dzierżyli miecze. Ukucnęłam na dachu pobliskiego domu i przyglądałam się temu co robią. Drewniany budynek miał drzwi z drugiej strony, niż ja siedziałam, więc trochę ciężej było mi się przyjrzeć wszystkiemu. Jednak za dużo do patrzenia też nie było. Mężczyźni wymienili kilka słów, po czym drzwi małego domku się otworzyły i wszyscy, wraz z porwanym, który nadal był nieprzytomny, weszli do środka.
 - Złaź z dachu. I tak za dużo na nim nie podziałasz, a nie lepiej z przyjacielem coś zrobić? – usłyszałam nagle czyjś mocno najmowy, męski głos. Zdziwiona spojrzałam w dół. Obok domu, na dachu którego siedziałam, stał wraz z gniadym koniem mężczyzna trochę starszy ode mnie. Mogłam w końcu choć trochę go zobaczyć, bo zdjął kaptur i patrzył na mnie. Miał czarne włosy i zielone oczy. Zrozumiałam w końcu kto to był.
 - Leonardo! – powiedziałam schodząc z dachu i podbiegłam do mężczyzny. Leonardo był płatnym zabójcą i moim przyjacielem, którego poznałam pracując też jako płatny zabójca. Również pochodził z Fuego’a. I tak, to jest jeden z tych ludzi, dla których jestem milsza. Przytuliłam go po przyjacielsku i uśmiechnęłam się. Ciemnowłosy zaśmiał się.
 - Od kiedy tak się witasz? – zapytał z niedowierzaniem, mając uśmiech na twarzy. Prychnęłam i wywróciłam oczami.
 - Trochę się nie widzieliśmy odkąd mnie złapali – powiedziałam ze śmiechem.
 - No tak … A mówiłem ci, że do zamku Fuego’a nie ma co się pakować – powiedział i skrzyżował ręce na piersi.
 - Ej, złapali mnie kiedy już wychodziłam – rzuciłam z teatralnym oburzeniem.
 - Dobra, dobra – zaśmiał się zielonooki i poklepał mnie po ramieniu i dodał – Ale nadal żyjesz. Jak to?
 - Królowa dała mi wybór. Albo mnie zabije, ale będę jej szpiegiem. A dlaczego szpiegiem? Mówiła, że nieźle udawało mi się przemykać z jednej sali do drugiej. Królowa to wykorzystała – wytłumaczyłam, po czym skierowałam tym razem pytanie do niego – Ale co ty tu robisz?
 - Co płatny zabójca by mógł robić? – zaśmiał się po czym ciągnął dalej – Dostałem zleceniem na trójkę ludzi, którzy mają upadający zakon. Mój zleceniodawca chciał się pozbyć tych „podziemnych śmieci”, jak to określił. Dostał od niego informacje, że w niedługim czasie po uliczkach Aqua’y będą się wieczorem kręciły jakieś większe bandy, które należą do tego zakonu. Dwa razy spudłowałem i to nie byli ci ludzie, ale teraz ich mam. To musi być tu.
 - Czekaj, co? W tym domku? Tam nic nie ma! – powiedziałam i zakpiłam z niego.
 - No tak, cała ty – zaśmiał się i dodał – Mylisz się. Tam jest zejście do katakumb tego miasta. Siedziba tego zakonu. Jeśli chcesz, możesz mi pomóc w zleceniu – zaproponował Leonardo. Spojrzałam na niego zdziwiona.
 - Okey, tego nie wiedziałam. A co do zlecenia, to z chęcią. Trochę walki nie zaszkodzi – powiedziałam.
 - Nie szykuj się na zbyt wiele. Pewnie ich umiejętności w walczeniu są tak dobre, jak moje w gotowaniu – zaśmiał się, po czym pokazał mi ręką, bym ruszyła za nim, a sam zaczął iść w stronę małego budynku, na lekko ugiętych kolanach. Ruszyłam za nim, jednak coś mnie szturchnęło w bok. Zatrzymałam się i odwróciłam się gwałtownie. Uśmiechnęłam się, kiedy się okazało, że to ten sam gniady koń.
 - No tak … Stąd cię znałam. Koń Leonarda, Ernar – powiedziałam i pogłaskałam rumaka po łbie i ruszyłam ponownie za ciemnowłosym przyjacielem.
 - Dawno cię nie widział, a tak cię lubi – rzekł szeptem Leonardo.
 - Miło mi. No cóż … Nie wiem czy będzie mnie często widywać, skoro pracę zmieniłam – zaśmiałam się cicho.
Przerwaliśmy rozmowę i po cichu podeszliśmy do drzwi, przy których stała dwójka mężczyzn. Leonardo szedł pierwszy, więc kiedy byliśmy wystarczająco blisko nich, mój towarzysz złapał go za szyję. Wyszliśmy powoli do drugiego, który celował w nas mieczem.
 - Dajcie nam wejść do środka, a raczej nic wam się nie stanie – powiedział spokojnie Leonardo z lekkim uśmiechem.
 - Ani mi się śni! – krzyknął osobnik.
 - Cóż – zaczął zielonooki, skręcając kark temu mężczyźnie, którego trzymał – Będzie to trzeba inaczej rozwiązać. Osobnik z mieczem rzucił się na nas, jednak my byliśmy sprytniejsi. Kiedy był blisko, chwyciłam go za rękę, w której trzymał miecz i odwróciłam go plecami w stronę Leonarda. Mój przyjaciel wyjął miecz i sprawie przebił na wylot osobnika. Mężczyzna padł na ziemie.
 - Dobry początek – powiedziałam otwierając powoli drzwi budynku. Weszliśmy do środka. Nie było tu nic szczególnego. Mały domek. No, jakby nie licząc kamiennych schodów na samym środku. Spojrzeliśmy na siebie, po czym ruszyliśmy nimi w dół.
 - Intruzi! – usłyszałam, kiedy byliśmy już u końca schodów. Nie były jakoś specjalnie długie. Rozejrzeliśmy się, by obadać szybko sytuacje. Blisko nas była już dwójka straży zakonu. Wyjęłam swoja broń i razem zabiliśmy mężczyzn. Potem jeszcze napatoczyło się kilku. Stanęliśmy w wielkim holu. Ściany jak i podłoga była z marmuru, a środkiem przebiegał czerwony dywan. Od tego głównego korytarza odbiegało kilka innych. Pewnie ze schodami prowadzącymi pod ziemię.
 - Bogato jak na takie miejsce – powiedziałam przyglądając się pomieszczeniu.
 - Pewnie wyłożyli całą kasę, by choć tu zrobić przytulnie – zaśmiał się Leonardo. Wzruszyłam ramionami. Nagle usłyszałam za sobą kroki trzech osób.
 - Co tu się dzieje?! – z jednego z pobocznych korytarzy wybiegła trójka osób. Jedna kobieta i dwójka mężczyzn w różnym wieku.
 - No i mamy moje zlecenie – szepnął do mnie ciemnowłosy. Zlustrowałam grupkę.
 - Kim jesteście?! – rzucił starszy mężczyzna.
 - Nie jest to potrzeba ci informacja, którą powinieneś zabrać na tamten świat – zaśmiał się Leonardo. Wszyscy spojrzeli na niego zdziwieni. Mój przyjaciel jednak darował sobie większe pogawędki i rzucił się na nich z mieczem. Bez problemu zabił dwójkę mężczyzn i już chciał przebić kobietę mieczem, jednak byłam szybsza. Rzuciłam swoim małym nożykiem w szyję kobiety i nie spudłowałam. Nożyk idealnie wbił się w jej szyję. Za chwile leżała martwa. Leonardo spojrzał na mnie z wyrzutem.
 - Wybacz, musiałam – zaśmiałam się, po czym podeszłam do nich, wyjęłam swoją małą broń i schowałam na swoje miejsce. Mężczyzna uśmiechnął się delikatnie, po czym ukucnął obok ciał ofiar i odciął im po kolei głowy.
 - Chyba zaleźli twojemu pracodawcy za skórę. Zgaduję, że to on kazał ci przywieść ich głowy – powiedziałam, a zielonooki skinął głową. Potem zauważyłam, że przy pasie ma średniej wielkości worek oraz sznurek. Najpierw wziął worek, do którego wsadził odcięte głowy, a potem związał go sznurem.
 - I gotowe – rzekł podnosząc do góry pełny worek, który przesiąkł już od spodu krwią.
 - Czas opuścić lokal – powiedziałam i ruszyłam w stronę schodów wraz z Leonardem. Nagle usłyszałam za sobą czyjeś kroki. Odwróciłam się gwałtownie trzymając broń w ręce, ale nikogo nie zobaczyłam, a kroki ucichły.
 - Choć, nikogo już nie ma – powiedział towarzyszący mi mężczyzna, po czym razem wyszliśmy na dwór. Pożegnałam się z Leonardem i jego koniem, ponieważ od razu ruszyli w stronę, gdzie mieli się spotkać z zleceniodawcą.
 - Ja chyba wrócę do Fuego’a. Tego prawdziwego Fuego’a, na tereny, które nie były podbite, tylko zawsze należały do tego królestwa – powiedziałam do siebie, po czym odwróciłam się i zaczęłam gwizdać, by przywołać Eletrię – mojego konia. Jednak przestałam, gdyż drzwi domku otworzyły się ponownie. Wyciągnęłam broń i powoli podeszłam do ściany budynku by zaraz wyskoczyć na osobnika. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Za rogu skoczyłam na postać i przygwoździłam ją do ściany, przykładając ostrze mojego „trochę innego” miecza do szyi. Jak się okazało, był to ten sam dziwny mężczyzna, którego spotkałam w karczmie. Spojrzałam na niego zdziwiona.
 - Skąd się tu wziąłeś? – przycisnęłam go trochę mocniej do boku budynku.
 - Chyba nie muszę ci się z tego zwierzać – odpowiedział spokojnie.
 - Racja, nie musisz. Ale jeśli chcesz przeżyć to musisz – uśmiechnęłam się chytrze, a jegomość wywrócił oczami.
 - Zostałem porwany przez zakon – powiedział.
 Aha … Czyli to jego słyszałam tam, tylko, że się ukrył. W końcu w miarę szybko po nas wyszedł. Zabrałam od jego szyi broń i jego samego puściłam.
 - Następnym razem się nie drocz – uśmiechnęłam się szeroko, ale mężczyzna nie zwracał na mnie uwagi. Trudno. Jego strata. Na całe szczęście z oddali widziałam jak biegnie do mnie moja klacz.
 - Teraz tylko wrócić do domu … Ale gdzie jest ten Artemis … – usłyszałam jak osobnik szeptał do siebie, pewnie nawet nieświadomie. Pomimo to, dobrze chyba, że tak wyszło. Artemis – od razu pomyślałam, że to chodzi o konia. Takie imię. Ta myśl była głównie spowodowana tym, że jak jechałam do tego miasta, zobaczyłam jak w okolicach pobliskiego jeziora kręci się dwójka ludzi z koniem, który wyraźnie się ich nie słuchał. Chciałam wtedy jakoś zainterweniować, ale do końca nie znałam sytuacji i nie wiedziałabym co zrobić z tym koniem. Zostawić go? Raczej nie, a nie mogłam być pewna, że jest czyjś. Jak by był, to pewnie bym złodziei załatwiła, a konia uwolniła, lecz nic o tej sprawie nie wiedziałam.
 - Chodzi o konia? – skierowałam pytanie do mężczyzny, głaszcząc przy tym łeb Eletrii, która przygalopowała tu w między czasie. Osobnik spojrzał na mnie zdziwiony.
 - Cóż cię to nagle interesuję? – zapytał. Westchnęłam.
 - Jeśli jest to koń, to chodzi mi głównie o jego dobro – odpowiedziałam niechętnie.
 - Owszem, jest to koń – powiedział nieufnie mężczyzna.
 - W takim razie wiedz, że robię to dla konia, nie dla ciebie – rzekłam ostro.
 - Co chcesz zrobić? – dopytywał.
 - Możliwe, że wiem, gdzie jest ten koń. Opisz mi go dokładnie – powiedziałam nieco łagodniej wciąż spoglądając na Eletrie.
 - Ciemnokasztanowaty ogier z poszarzałą białą grzywą i ogonem – odrzekł. Tak, to ten koń, które mieli ci mężczyźni.
 - Tak, to on … Jeśli on nadal jest tam, gdzie myślę, to zawiozę cię do niego – powiedziałam. Nie wierzę, że to robię. Ale dla konia, żeby nie męczył się z obcymi ludźmi.
 - Jak mnie zawieziesz? – zapytał zdziwiony.
 - Na Eletrię zmieści się dwójka ludzi. O ile nie jadłeś za dużo w karczmie – powiedziałam i wskoczyłam na grzbiet rumaka.
 - Żeby znaleźć Artemisa – szepnął do siebie i westchnął głośno. Potem wszedł na grzbiet konia i usiadł za mną. Chwilę jednak przyglądał mi się zdziwiony.
 - Coś ci nie pasuje? Bo jeśli już, to bardziej mojemu koniu powinno coś nie pasować. Twój koń na pewno nie jest milusi jak futro domowego kota, nie wspominając już co będzie w galopie – rzekłam ostro. Mężczyzna prychnął i wyprostował się.
 - Jeśli nie chcesz spać, to przynajmniej złap się siodła – zarządziłam. Przez chwilę jegomość nie był do tego skłonny, ale w końcu się przekonał.
 - A, zapomniałam dodać – Eletria nie lubi mieć na swoim grzbiecie obcych, więc droga może być nieprzyjemna. W szczególności dla ciebie – uśmiechnęłam się po czym pogoniłam klacz do galopu. Mężczyzna nie zrobił sobie z tego większych powodów do zmartwień.
 - Dlaczego nagle stałaś się taka dobroduszna? – zapytał z kpiną.
 - Pomyśl może, a zrozumiesz – powiedziałam zła. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że wsadziłam tego dziwoląga na grzbiet mojego konia. Żeby szybko tam być, żeby szybko tam być.
Na szczęście moje prośby się spełniły. Szybko znaleźliśmy się przy miejscu, w który ostatnio widziałam tego konia. Jak się okazało, stał przywiązany do drzewa, a wokół nikogo nie było. Więc na co tamtym opryszkom było to zwierzę? Może chcieli na nie wsiąść, a ów ogier nie pozwalał. Nie wiem. Mężczyzna ujrzawszy swego konia, od razu zsiadł z mojego i dobiegł do wierzchowca. Szybko go uwolnił, więc koń był już wolny. Uśmiechnęłam się delikatnie. Zawsze jak widzę opiekuna i jego konia razem, uśmiecham się na taki widok.

<Lumeus? Wiem, wiem, długo nie pisałam, przepraszam Cię bardzo. Jednak mam nadzieje, że opowiadanie to trochę podratuje, choć nawet te moje wypociny nie są najlepsze xd>

27 czerwca 2016

Od Gabrielisa - CD. Lumeusa

Ze spokojem przyglądałem się mężczyźnie, który zwinnie i prędko zbierał i zwijał prowizoryczne obozowisko. W międzyczasie zdążyłem również przypatrzeć się ranom, które okazały się niezwykle głębokie i nie pozwalały mi na energiczniejsze ruchy kończynami. Szczęście, że ucierpiały tylko one, a broń nie przebiła mi na przykład środka klatki piersiowej. Westchnąłem cicho i poprawiłem się w miejscu. O dziwo Lumeus naprawdę szybko uporał się ze sprzątaniem i za chwilę swoje kroki i poczynania skierował ku mojej osobie. Uklęknął przy mnie i wtedy zamarłem. Mimo, że nie dotknąłem go dłońmi poczułem dreszcz. Dopiero teraz odzyskałem zmysły do końca i zauważyłem aurę roztaczającą się wokół niego. Między nami nie było żadnego kontaktu fizycznego, ale mimo to mogłem poczuć jak jego ciało woła o pomoc i jest rozrywane na malutkie kawałeczki przez ból. Wzdrygnąłem się i nieco odsunąłem. On jednak tego nie zauważył, a ja dostałem duszności, bo cała moja persona zaczęła odczuwać to co on. Piekło rozpętało się w każdej mojej komórce ciała, ale mimo to nawet nie pisnąłem. Nie rozumiałem jak mężczyzna może tak funkcjonować. Chyba, że... on nie czuje tego bólu, chociaż wręcz umiera od środka. Przełknąłem ślinę, gdy poczułem jak mnie obejmuje. Ból się nasilił, bałem się więc co może się stać, gdy dotknę go dłonią. Nigdy nie spotkałem się z czymś takim.
- Zarzuć mi ręce na szyję- powiedział beznamiętnie. Poczyniłem prośbę i nie mogłem się powstrzymać. Dotknąłem skóry na jego karku, czego za chwilę pożałowałem. Automatycznie mnie sparaliżowało, wydałem z siebie nietypowy dźwięk, a głowę musiałem oprzeć o jego ramię, ponieważ bardzo prawdopodobne było, że mógłbym skręcić sobie kark. Teraz nie utrzymywałem z nim bezpośredniego kontaktu fizycznego, jedynie przez materiały ubrań, a odczucia dalej były bardzo wyraźne. Elric usadowił mnie na koniu, a po dokończeniu przygotowań sam wsiadł na to bydle. Oparłem się o jego klatkę piersiową. To wszystko na nowo wyssało ze mnie jakiekolwiek siły życiowe, a znużenie nieubłaganie chwytało się mnie jak tonący brzytwy.
-Mieszkasz gdzieś w mieście?- spytał się, poprawiając się w siodle i delikatnie mnie obejmując. Odparłem potwierdzającym burknięciem.- A w jakiej okolicy?

***

Otworzyłem szeroko oczy. Nade mną znajdował się sufit zdobiony zdartymi malunkami poprzecinanymi drewnianymi podporami. To zdecydowanie nie było moje mieszkanie. Przesunąłem się niespokojnie na skrzypiącym łóżku. Wszechobecny zapach starości i... lawendy? Dotarł do moich nozdrzy i od razu wywołał u mnie ciche kichnięcie. Przecierając, pewnie już czerwony, nos uniosłem się do pozycji siedzącej. Rozglądnąłem się po pokoju z widocznym brakiem szyby w oknie, przez które do pomieszczenia wglądała wierzba. Ściany były obdarte z farb i w niektórych miejscach mocno popękane. Większość mebli stała zakurzona, zdająca się nigdy na oczy nie widzieć ścierki. Ja natomiast leżałem na wielkim, małżeńskim łożu z ładną i miękką pościelą, które miało na sobie stelaż baldachimu, ale on niestety tutaj nie wisiał. Obok stał stolik nocny, piękny, drewniany, lakierowany stoliczek. Na nim natomiast znajdowała się szklaneczka z wodą i jabłko. Po drugiej stronie były oparte o ścianę kule, które zapewne też były przeznaczone dla mnie. Mogłem zgadnąć, że znajduję się w domu Lumeusa. Taki wystrój bardzo do niego pasuje, nie mogę zaprzeczyć.
Spokojnie wypiłem wodę i pochwyciłem kule, ostrożnie stając na chwiejnych nogach. Rany były dokładnie zabandażowane, widać, że Lumek zna się na rzeczy. Wziąłem ze sobą owoc i wyszedłem na obchód. Po pokojach rozchodził się dźwięk moich kroków i stukanie drewnianej podpórki o podłogę, która wyglądała na zrobioną z drogiego kamienia. Kiedy przeprawiłem się przez próg sali, znalazłem się w długim korytarzu, który z kolei prowadził do obszernego salonu. Znajdowały się tam pikowane kanapy obszyte aksamitem, oraz ławy zrobione z ciemnego drewna. Wszystko wyglądało na bardzo, ale to bardzo stare. Zacząłem się zastanawiać, czy nie jest to przypadkiem jakieś stare zamczysko.
- Och, Śpiąca Królewna wstała- usłyszałem znajomy mi, chrypliwy głos. Wzdrygnąłem się i odwróciłem, by zobaczyć gospodarza stojącego na szycie schodów, które podobnie jak posadzka, były kamienne. Poprawiłem pogniecioną koszulę i kiwnąłem twierdząco. Lumeus zszedł na dół, wyminął mnie zwinnie (zostawiając w moich nozdrzach nietypowy, ale przyjemny zapach, oraz powodując ukłucie bólu prawie w całym ciele) i lekko rzucił się na kanapę. Chrząknąłem cicho i ugryzłem kawałek jabłka, po czym usiadłem na tej naprzeciw niego.- Jak się... czujesz?- Och, ten beznamiętny ton, niesamowite jak bardzo wyprany z emocji był.
- Już lepiej. Naprawdę dziękuję za wszystko, Lume. Jestem ci dozgonnie wdzięczny.- Uśmiechnąłem się przymykając oczy. Odłożyłem dokładnie obgryziony ogryzek jabłka na ławę i przeciągnąłem się w miejscu zaraz sycząc z bólu.- Mógłbym wiedzieć ile spałem?
- Całą noc i kawałek dnia. Jest już dwunasta.- Na to otworzyłem szerzej oczy i przekląłem w myśli. Miałem pacjentów, którzy czekali niecierpliwie na wizytę. Wyrzuty sumienia dopadły mnie niesamowicie szybko.
- Powinienem już iść, mam dużo do robo...
- Nie ruszasz się stąd.- Przerwał mi w połowie zdania. Ściągnąłem brwi i wykrzywiłem się nieco. Nie spodobał mi się fakt iż mężczyzna mną zarządzał, byłem dojrzałym dwudziestojednoletnim młodzieńcem, który na dodatek był medykiem. Niech uwierzy, wiem jak się sobą zająć. Musiałem jednak zachować kulturę i oznajmić to w nad wyraz grzeczny sposób.
- Obawiam się, że wprowadzasz się w błąd Lumeusie.- Uśmiechnąłem się szczerze, a on pokręcił głową.
- Jesteś moim pacjentem. Nie wypuszczę Cię, bo prawdopodobne jest iż zemdlejesz w domu, o ile nie w drodze powrotnej. Jesteś zbyt osłabiony, by móc samodzielnie funkcjonować.- Borze Wszechlistny! To chyba jest jego najdłuższa wypowiedź gdziekolwiek, kiedykolwiek, jakkolwiek! Gabrielu ostatnimi czasy ociekasz irytacją i bywasz nieprzyjemny, co się z tobą dzieje? Do tego mówisz o sobie w trzeciej osobie, ohoh, coś złego się tutaj odbywa. Towarzystwo Elric źle wpływa na moją osobę. Jestem zbyt nerwowy.
- Nie możesz mówić mi co będę robił, jestem pełnoletnim i myślącym człowiekiem!- Mimowolnie tupnąłem nogą, przypominając przy tym naburmuszone dziecko.- I w tym właśnie momencie wychodzę i idę do domu i nie zatrzymasz mnie.- Wstałem dynamicznie, czego za chwilę pożałowałem. Z piskiem znowu padłem na kanapę, chwytając się za ranną nogę.
- Skoro jesteś pełnoletnim i myślącym człowiekiem, na dodatek medykiem, jak to się określasz, powinieneś zrozumieć, że w takim stanie nie należy pozostawać bez opieki.- Wstał i podszedł do mnie. Ruchem czarnej dłoni nakazał mi się położyć co posłusznie uczyniłem. Delikatnie zaczął manewrować moją nogą doprowadzając ją przy tym do porządku dziennego. Zadecydował również zmienić opatrunek. Podobnie poczynił z ręką. Wpatrywałem się w niego nieubłaganie. Próbowałem ocenić gdzie teraz skierowany jest jego wzrok, jednak fakt iż nie miał tęczówek, ani źrenic uniemożliwiał mi to. Mogłem jednak stwierdzić, że ponownie patrzy się na moje oczy.
- Naprawdę Ci się spodobały, co?- Nie potrafiłem ukryć śmiechu, a on natychmiast odwrócił wzrok, będąc speszonym. Nie odpowiedział, jedynie dokończył pracę, po czym wstał i wrócił na górę. Mi zostało więc czekać i niemiłosiernie się nudzić, bądź zwlec szanowne cztery litery i zwiedzić budynek. Jako iż z natury jestem istotą ciekawską, jak to każdy człowiek, postanowiłem obejść norkę Lumeusa i zagłębić się w jej najgłębsze zakamarki. Wstałem więc ostrożnie i ruszyłem na przechadzkę. Większość pokoi wyglądała podobnie, stare i niezwykle zaniedbane. Jednakże, mimo to miały one swój urok i nie mogę zaprzeczyć, zauroczyłem się w nich.
Teraz dopiero zauważyłem, że dalej jestem ubabrany krwią. Moje białe włosy,  wciąż były posklejane i w kolorze purpury i brązu. Zaschnięte osocze nie wygląda zbyt przyjemnie. Przydałoby się znaleźć łazienkę, albo gospodarza, który mi ją wskaże. Przeszukując pokoje, których było niesamowicie dużo, trafiłem na jeden z tych przestronniejszych. Stało tu zdobione, mahoniowe biurko, a przy nim krzesło w takim samym stylu. Przez okno wpadały promienie słońca, które rozświetlały salę i dawały przyjemny, żółtawy kolor. Wkroczyłem głębiej i w tym momencie z szafki stojącej pod ścianą spadły papiery. Cofnąłem się, a przeraziłem się jeszcze bardziej, gdy arkusze zaczęły wracać na stare miejsce. Czym prędzej opuściłem pomieszczenie. Gdy przekroczyłem próg wpadłem na coś dużego. A raczej kogoś. Moje oczy były na wysokości rogów wystających z klatki piersiowej mężczyzny.
- Pozwoliłem Ci się stamtąd ruszać?- wysyczał Lumeus. Przełknąłem ślinę i spojrzałem w górę, napotykając karcące spojrzenie mężczyzny. Pokręciłem głową.
- Ja-a... ja szukałem łazienki, bo poszedłeś i nie wiedziałem co robić...- spuściłem głowę i mocniej oparłem się o kulę. Usłyszałem głośne sapnięcie.
- Chodź...- odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie, a ja niczym piesek, podreptałem za nim. Szedł w ciszy, wyprostowany z lekko zadartą głową. Kroczył dumnie, jego ciężkie buty uderzały o posadzkę, a echo donośnie się roznosiło. Swoje czarne ręce trzymał w kieszeniach luźnych spodni, które szeleściły przy każdym ruchu. Był wyższy ode mnie i to dużo. Jego czarne włosy dumnie spływały na jego ramiona. Wydawał się być potężny, ale mimo wiedzy jaką posiadał, bo nie mogłem zaprzeczyć, że był inteligentny, nie wywyższał się. Jak na razie. Starał się być miły i troskliwy wobec tak wątłej osóbki jak ja i było to niesamowicie... urocze. Tak, urocze to słowo idealnie opisujące całą sytuację. Cieszyłem się z tego, że to akurat on mnie znalazł, a nie jakiś przypakowany jegomość, który tylko by mnie dobił.
- Jeszcze raz dziękuję Lumeus. Nie mam pojęcia jak mogę Ci się odwdzięczyć.- Powiedziałem wpatrując się w jego plecy. Nie mogę pominąć faktu iż za nim wciąż ciągnęła się aura cierpienia.
- Po prostu się słuchaj... Gabriel...- odparł z nutką... empatii? Tak! Empatii!
- Jak tylko sobie życzysz, Lucyferku.- Wyszczerzyłem się ku niemu, mimo, że na mnie nie patrzył. Tylko prychnął, zdając się śmiać z nadanego przezwiska.
- Po co chcesz iść do łazienki?
- Pomyślmy... ach, no tak, muszę obmyć się z krwi w której cały jestem.- Na to zatrzymał się tuż przede mną, a ja wpadłem na jego plecy, odbijając się od nich jak piłeczka. Złapał mnie w ostatnim momencie, ale mało brakowało, a skończyłbym z wybitymi siekaczami.
- Nie umyjesz się.- Spojrzał na mnie z góry, co... nie było trudne.
- Niby dlaczego?- Poprawiłem kulę i ponownie naparłem na nią całym ciałem.
- Nie możesz zamoczyć ran, a ja posiadam jedynie wannę. Jeżeli będziesz chciał się umyć to jedną ręką raczej nic nie zdziałasz...- Chrząknął po tym i ruszył w zupełnie drugą stronę.
Właśnie wtedy coś popchnęło mnie do karkołomnego czynu.
- Umyjesz mnie?- Spytałem głośno. Kroki ucichły. Obaj staliśmy zwróceni do siebie plecami. Przerażającą ciszę przerywało tylko tykanie zegara zawieszonego na jednej ze ścian. Cud, że jeszcze działał. Następnie usłyszałem jak mężczyzna się odwraca. Stał teraz wpatrując się w moje ciało. Jego wzrok był wręcz namacalny, było to nieprzyjemne i wywoływało dreszcze na mojej bladej skórze. Ponowne kroki. Stał za mną. Czułem na karku jego ciężki, miarowy oddech. Podmuchy ciepła regularnie oplatały moją szyję, zabierając mi chwilowo dech. Strach obleciał mnie po raz pierwszy w jego towarzystwie. Przymknąłem oczy i zagryzłem wargę. Nie wiedziałem czego mam się spodziewać. W tej chwili był niepoczytalny.
- Powtórzysz, proszę?- Wyszeptał mi wprost do ucha, niskim głosem. Sapnąłem cicho.
- C-czy... C-czy możesz... możesz mnie umyć?- Dźwięk, który wydobył się z mojej gardzieli łamał się i był bardzo niepewny. Jakbym za chwilę miał wyzionąć ducha. Jednak to się nie stanie. Co najwyżej stracę przytomność...

<Gąbka, mydło, ręcznik, ciepła woda. Tak się zaczyna Lućka przygoda. Myje Gabcia bo wie dobrze o tym, jak go nie umyje to będzie miał kłopoty. Ale jak go umyje to też będzie miał kłopoty, ale tam na dole ( ͡° ͜ʖ ͡°) >
Szablon wykonany przez Tyler
Strona główna Starsze posty